w skrócie

autobiografia

wywiady

artykuły

przemówienia

o filmach

Still Reading Khan

mapa wspomnień

co lubi SRK ?

nagrody

inni o SRK

 

Nietykalny, niewzruszony Shah Rukh Khan

Wywiad ze Stardust, październik 1998r.
Autor: S.Shiva Kumar (Bangalore)


To nie jest już przemysł filmowy z jednym człowiekiem na czele. Tron opuszczony przez Amitabha Bachchana jest wciąż pusty. On sam próbował znowu go zająć, ale się nie udało. Różnica między czasem, kiedy był na szczycie, a obecnym jest taka, że kiedyś nawet jego przeciętne filmy świetnie się sprzedawały. Dzisiejszy masowy widz niechętnie się przyznaje, że lubi tworzyć szufladki. Kiedy chodzi o ekranowego idola, lubi przewidywalność. Więc Govinda może wciągnąć brzuch, Nana Patekar popaść w obsesję, a Aamir wyhodować sobie węzły mięśni – i tak nie zetrze czekolady z buzi. Dzisiejsze fortuny są kapryśne i zmieniają się co piątek.. Między trzema Khanami – Salmanem, Aamirem i Shah Rukhiem trwa bitwa, a w chwili obecnej ten ostatni wydaje się mieć smak ulubiony przez wszystkich.

Możesz spotykać wielu gwiazdorów, ale tym, który natychmiast przychodzi ci na myśl, kiedy myślisz o Shah Rukhu jest dandys Dev Anand. Tak jak Dev (dodanie saab do nazwiska postarza go), ma w sobie coś eterycznego i bardzo poważnego, nie wspominając już o jego oddaniu pracy i nieposkromionej energii. A także i fakt, że to, co widzisz na ekranie, jest odbiciem jego własnej osobowości. Możesz być pewien, że w realnym życiu będzie reagował tak samo. Owszem, czasami wychodzi ze skóry. Rzeczywiście, czasami myślisz o nim „Thoda Rukh Shah” („Król pełną gębą?” - przypisek mój). W dniu, w którym dotrze do niego, że zbyt wiele gestów odciąga uwagę od jego wrażliwych oczu – będzie wielkim aktorem. Teraz ma poklask, który będąc oznaką aprobaty dla tego, co się robi, jest też aktorskim afrodyzjakiem. „Dil Se” Maniego Ratnama, jego kolejna przebojowa premiera, może to wszystko zmienić, bo Mani niczego nie nadzoruje, ale ma umiejętność wydobywania z aktora tego, co najlepsze.

Wpadam na Maniego, który kończy kręcenie „Dil Se” w Kerali. „Nie stwarza absolutnie żadnych problemów” – mówi Mani, który oglądał tylko „Dilwale Dulhania Le Jayenge” i był pod wrażeniem żywotności Shah Rukha. Shah Rukh rozpracowuje sekrety Masterminda z (choreografką) Farah Khan, kiedy Mani mnie przedstawia. Nie jest przystojny („Zazdrośnik!” – prychną zaraz jego fanki), ale zdecydowanie atrakcyjny. W końcu sława ma moc zaczarowywania czyjegoś wyglądu. Jesteśmy w Allepey, na przepięknych rozlewiskach. Fragmenty piosenki są kręcone na łodzi w przerwach pomiędzy uporczywymi deszczami. Operator Santosh Sivan jest bardzo zapalony do zorganizowania większej nasiadówki, bo w tym samym hotelu mieszkają supergwiazdy Mohanlal i Mammoothy. Nie udaje się, więc Shah Rukh zaprasza mnie do swojego pokoju po ważnym meczu mistrzostw świata w piłce nożnej. „Brakuje mi Romario” – wzdycha, kiedy już się rozsiadamy. Wdychając dym z papierosa, przez parę godzin cierpliwie odpowiada na moje pytania. Wiem, że go nie nudzę, kiedy pyta na koniec: „To już wszystko?”
Oto zapis słowo w słowo naszego tete-a-tete.

Czy zacząłeś grać dla rozrywki?

Właściwie byłem całą duszą oddany sportowi. Kilka dyscyplin, jak krykiet i futbol, opanowałem na poziomie krajowym. Kiedy studiowałem, nie byłem do końca pewien, kim chcę być. Choć zdobyłem tytuł MBA, to skończyłem, studiując komunikację masową, która była czymś w rodzaju szkoły filmowej w Delhi. Pewnego razu w college'u doznałem poważnej kontuzji kręgosłupa, więc musiałem zaprzestać treningów. Zawsze miałem i mam nadal talent do parodiowania, choć teraz sam jestem gwiazdą i już tego nie robię. Po kontuzji postanowiłem więc zgłosić się do teatru Barry'ego Johna. Zostałem tam przez sześć lat, naprawdę to lubiłem i nauczyłem się wiele o aktorstwie. Ale nie miałem zamiaru nigdy zostać bohaterem w filmach hindi. Są ludzie, którzy się do tego z góry przygotowują. Myślę, że – paradoksalnie – ja byłem bardziej predystynowany do grania w nich. Zawsze czułem, że jestem lepszym aktorem, a kino hindi nie było dla poważnych aktorów. Lubiłem bardzo Kamala Haasana, Naseeruddina Shaha, Smitę Patil. Zawsze uważałem, że oni potrafią grać. Mniej więcej w tym czasie bardzo wyrosła telewizja. Pan Lekh Tandon i Pułkownik Kapoor zobaczyli mnie na scenie, i zaangażowali do serialu. Zgodziłem się chętnie, bo było to coś nowego, a dzięki temu dostałem też propozycje filmowe. Zostałem bezceremonialnie usunięty ze studiów. Powiedziałem siostrze i Gauri, że będę kursował między Delhi i Bombajem, bo podpisałem kontrakt na serial z Azizem i Saedem Mirzą. To byli twórcy, jacy mi się podobali. Do ich kręgu należeli Kundan Shah i Mani Kaul. Wszyscy oni próbowali mnie przekonać, że jestem interesujący i że mam predyspozycje aktorskie. W końcu się poddałem, powiedziałem, że potraktuję to jako oderwanie od pracy na jeden rok. 26 czerwca 1991 roku podpisałem kontrakty na cztery filmy – z G.P. Sippym, Hemą Malini, Rakeshem Roshanem i M.C. Mehrą. Cztery dni potem doszedł do tego „Deewana”. Zabrało mi rok ich nakręcenie. Jest teraz rok 1998, a ja wciąż nie mogę wrócić.

Studiowałeś komunikację masową, próbowałeś aktorstwa, a nie chciałeś być bohaterem w filmach indyjskich? Co więc chciałeś robić?

Filmy reklamowe. Lubię proces ich tworzenia. Nawet teraz lubię robić trailery do moich filmów, jak „Duplicate”i „Yes Boss”. Uwielbiam pomysł komunikowania czegoś w 30 sekund, wysiłek powiedzenia wielu rzeczy w tym krótkim czasie. To jest jak moje aktorstwo. W kilku ujęciach próbuję dużo powiedzieć.

Mani Ratnam mówił mi kiedyś, że określona przeciętność dała mu odwagę do kręcenia filmów. Uważał, że może coś poprawić. Czy z tobą też tak było?

Niezupełnie. Nikogo nie stawiałem na piedestale. Nie byłem arogancki. Granie ma mieć w sobie wolność tworzenia. Uważam, że Mammoothy jest znakomity, Mohanlal fantastyczny, a Kamal doskonały, ale nie jest dobrze porównywać się z nimi. Porównywanie Maniego do Subhasha Ghaia mija się z celem. To jak porównywanie Dalego do Picassa. Nie dojdziesz do żadnych konkluzji, bo mają odmienne style, a możesz lubić ich obu. Kreatywność jest artystycznym wyrazem nauki. Jest taka subiektywna. Tworzysz coś własnego i oddajesz innym, którzy ocenią to obiektywnie. Bardzo potrzebujesz akceptacji z zewnątrz i nie można tego personalizować. Sądzę, że bardziej niż o potomności, myślimy o własnym obrastaniu w piórka, niekoniecznie w kategoriach materialnych. Musisz wiedzieć, jaka jest reakcja na ciebie. To nie jest już sztuka dla sztuki.

Czy tak było zawsze?

Nie, nie w filmie. Nie powinno tak być. Mówimy o masowej komunikacji. Musisz dotrzeć do każdego. Nie sądzę, żeby kino miało jakiś specjalne społeczne powinności czy moralne obowiązki. Niczego nie wartościujemy, nie wydajemy żadnych moralnych osądów. Najwyższym celem moralnym jest rozrywka sama w sobie. Przyjdźcie i odprężcie się. To jest właśnie według mnie nasza służba ludziom. Pozwalamy im na moment oderwać się od codziennej harówki. Tak, wiele się nauczyłem od ludzi, co do których wiem, że nie chciałbym być taki, jak oni, choć nie dlatego, że uważam się za lepszego.
Są oczywiście aktorzy, od których wiele się uczę. Czasami, kiedy kręcimy, mówię Maniemu: „Sir, zagram to jak Kamal”. Kopiuję jawnie i bezwstydnie, ale gdybym ci tego nie powiedział, nie zorientowałbyś się nawet. Kiedyś powiedziałem, że zagram jak John Cusack. Mani na to: „Ja już to wiem, ty też, lepiej więc tego nie róbmy”. To mi się w Manim podoba. Robi coś odmiennego, w narzuconych z góry ramach. To znacznie trudniejsze. To odróżnia go od reszty.

Masz na myśli wychodzenie poza schematy?

Taaa, zawsze próbuje przerwać monotonię i to jest świetne. Bóg był dla mnie bardzo łaskawy, nie mam pojęcia, dlaczego. Mógłbym nakręcić dziesięć bezpiecznych filmów, co do których byłbym pewien, że będą hitami, i żyć spokojnie. Ale jednak fajnie jest pracować nad filmem, co do którego nie wiesz, czy wypali, czy nie. Nie porównuję filmu Maniego z innymi. Jeśli wypali, będę w siódmym niebie.

Pewnie spodziewałeś się, że „Duplicate” się spodoba,. Co poszło nie tak?

Niektóre filmy robi się dla konkretnej publiczności, a „Duplicate” jest bardzo bliski memu sercu. To jeden z moich ulubionych filmów.

Wygląda na to, że bardziej chodzi ci o twoją rolę niż film jako całość. Grałeś podwójną rolę i byłeś w prawie każdym ujęciu, a mimo to film jest okropny.

Pracowaliśmy zespołowo, więc będę ostatnim, który powie, że to inni zawalili. Cóż mogę powiedzieć? To bardzo subiektywne, ale ja kocham ten film.

To jakby filmowiec mówił, że kocha swój film, ale zastanawiał się, czy poza nim ktoś jeszcze.

Przecież nie mówię, że ludzie nie rozumieją tego filmu i dlatego on nie wypalił. Sprzedawał się na średnim poziomie. Powinienem się może bardziej postarać.

Ale to był film z Shah Rukhiem jako gwiazdą?

To trochę nie fair, w momencie, kiedy moje ostatnie filmy dobrze się sprzedają

Ale osiągnąłeś taki status.

Wiem. Nawet „Yes Boss” nie uważa się za przebój wystarczający dla moich standardów, a to jeden z najwspanialszych filmów, jakie zrobiłem. „Pardes” z kolei jest uważany za hit, a ja nie zaliczam go do moich najlepszych filmów.

No cóż, trudno te filmy porównywać w kategoriach jakości. W „Duplicate” było mnóstwo niedorzeczności.

Ale podwójna rola już sama w sobie jest nielogiczna. Szczerze mówiąc, nigdy nie marzyłem, żeby zagrać podwójną rolę. Uważałem, że to głupie. Ale reżyserowi jakoś udało się mnie przekonać. Miałem nadzieję, że to będzie niezwykły film. Jak powiedziałeś, powinienem pewnie bardziej pójść za reżyserem. Jest wiele wytłumaczeń, czemu film się nie spodobał. Ale to jest ten gatunek, jaki uwielbiam kręcić. Lubię Jerry'ego Lewisa i Jima Carreya. Naprawdę nie sądzę, żeby dziś był ktoś lepszy od Jima Carreya. Dla mnie jest on znakomitym aktorem.
W wielu miejscach scenariusz zawiódł już w trakcie kręcenia, jednak był to jeden z nielicznych filmów, w tworzenie którego zaangażowałem się aktywnie, także na etapie pisania scenariusza. Niech więc część winy spadnie na mnie. Układałem wiele scen akcji. Nie oskarżam publiczności, po prostu uwielbiam ten film. Mogę go oglądać bez końca, choć normalnie nie oglądam moich filmów. Uwielbiam też ludzi, którzy go kochają. Wiele osób pytało mnie, czy znowu nakręcę coś podobnego. Czemu nie?

Ale po co?

Bo - czemu nie?

Włożyłeś w niego tyle ciężkiej pracy, że już obiektywnie tylko z tego powodu ludzie powinni pójść i go obejrzeć. Kiedy to się nie stało....

Jest wiele filmów, nad którymi nie napracowałem się wcale, a cały kraj wiwatował. Niech więc tak będzie dla zachowania równowagi. Są filmy, w których w ogóle nie powinno mnie być, ale jestem zawodowcem i nie migam się od zobowiązań.

Mówisz o „Karan Arjun”?

Tak, jako aktor byłem bardzo nie fair w stosunku do tego filmu.

Więc po co w ogóle podpisałeś kontrakt?

To długa historia i bardzo osobista

Dobrze, więc nie lubiłeś „Karan Arjun”, a on był przebojem. Czy właśnie dlatego zdecydowałeś się kręcić „Koylę”?

Nie. Faktem jest, że już kiedy wysłuchałem scenariusza „Karan Arjun”, nie byłem zachwycony. Nie wierzę w reinkarnację, ale cóż – nie zawsze możesz robić to, co lubisz. Tak to już jest w życiu. Tak czy inaczej, postanowiłem przyjąć rolę Karana. Ale wcześniej Rakesh Roshan opowiedział mi „Koylę”, do którego miał zaangażować Sunny'ego Deola. Zapytałem: „Czemu nie mnie?” Odpowiedział: „Ty nie wyglądasz jak mój bohater”. Odpowiedziałem: „Wydaje mi się, że wyglądam”. On jednak chciał zrobić film z Sunnym. Historia z „Koyli” podobała mi się bardziej. Powiedziałem więc, że skoro nie weźmie mnie do „Koyli”, to nie nakręcę też „Karan Arjun”. Ale Salman Khan jest dla mnie jak brat, a miał się wtedy bardzo źle. Przeżywał trudny okres. Uległem więc jego naleganiom. Powiedziałem, że na planie będę po prostu posłusznie robił, co mi każą. Żeby film wyszedł dobrze, musi być dobry powód jego kręcenia, nie tylko konieczność czy potrzeba. Kiedy film okazuje się potem hitem, to jest jak gwiazdka z nieba. A jednak ten, który lubiłem bardziej, „Koyla”, nie był przebojem. Filmy, którymi się cieszę, w większości nie są przebojami.

Czy jest coś takiego jak wyczucie scenariusza, które rozwija się w aktorze?

Będę szczery. Ja go nie mam. To nie moja działka, znać się na scenariuszu.

To pewnie dlatego filmy, które lubisz, nie robią furory...

Też nie. Moim zadaniem jest lubić bohatera, którego gram.

Znam ludzi, którzy potrafią uwieść cię opowiadaniem scenariusza, ale nie potrafią go efektywnie przenieść na język filmowy.

Nikt mnie nie uwiedzie scenariuszem, nie na tym etapie. Powiem ci coś dziwnego. Ja robię filmy wyłącznie z powodów twórczych. „Duplicate” był bardzo twórczy, bo grałem podwójną rolę i miałem używanie, ale są filmy, które postanawiam nakręcić, bo podoba mi się jedna scena. Było takie ujęcie w filmie Maniego. Biegnę ulicami Delhi, a kamera jedzie za mną w samochodzie. To ujęcie mnie oczarowało, ale ostatecznie wyleciało z filmu.
Uwodzą mnie małe scenki, których ludzie nawet nie zauważają w gotowym dziele. Wszystko to razem jest kumulacją wielu małych rzeczy, które wzięte razem powinny zagrać. Nakręciłem około 25 filmów, z których około piętnastu odniosło sukces. Powinienem poudawać i powiedzieć: „Taaa, mam nosa do scenariuszy”. Nawet nie potrafię powiedzieć, dlaczego niektóre z nich nie wypaliły. Ludzie lubią upraszczać powody, dla których coś jest hitem. Tak było z „DDLJ”. Mówili: „film rodzinny”. Tysiąc dni kręcenia, trzy i pół godziny w kinie zredukowane do kilku słów.

Ale z sukcesem nigdy się nie spierasz, a znajdujesz mnóstwo słów na usprawiedliwienie porażki.

Myślę że to nadmierne uproszczenie. Kilku przebojowych filmów po prostu nie lubię. Jakaś przyczyna, dla której „Pardes” wypalił, jednak musi być, ale ja tego nie rozumiem. Widziałem film i stwierdzam, że technicznie rzecz biorąc, pierwsza część jest bardzo dobra. Z drugą jest już o wiele gorzej, ale i tak całe to cholerstwo było hitem, a „Duplicate”, który mogę oglądać dwadzieścia razy pod rząd – nie. Nawet żona mi mówi, żebym już nie robił takich filmów, bo moje poczucie humoru jest zbyt absurdalne. Ale ja nadal twierdzę, że powinno się mieć zabawę w trakcie kręcenia filmów. To czynnik pierwszoplanowy. A nikt w całych Indiach nie ma większego niż ja zmysłu do zabawy. Nie mam wyczucia scenariusza, aktorstwa, czasu, piosenek i rytmu. Mam tylko zabawę podczas kręcenia filmów. Nie chodzi mi o wygłupianie się na planie. Pracuję bardzo ciężko z nadzieją, że powstanie coś nieprzemijającego, niezależnie od powodzenia czy niepowodzenia filmu w box-office. „Koyla” będzie zawsze bliski memu sercu, „Dil Se” także, niezależnie od jego losów.

Ale sukces komercyjny jest bardzo ważny.

Tak, zapewne tak jest. Nie robię nigdy założeń, że dany film będzie czy nie będzie hitem. Podpisując kontrakt nie myślę, czy robimy hit wszechczasów. Nie byłbym w stanie w ogóle pracować.

Współcześni Tobie aktorzy mają swoje określone wizerunki, ale deklarują, że chcą robić poważniejsze filmy. Ajay Devgan kręci „Thakshak”, Sunil Shetty „Hu Tu Tu”, a Aamir – „Earth”.

(Z uśmiechem) Cóż, ja nie kręcę „Earth”.

A miałeś propozycję?

Tak. Ale nie mogłem jej przyjąć, bo teraz pracuję dla Maniego. Govinda Nihalani także proponował mi film.

A „Darmiyan”?

Hmmm. Zadzwoniłem i powiedziałem, że chcę go robić.

Wracając do mojego pytania – czy kręcisz tylko takie filmy, jakie sam chciałbyś oglądać?

Tak, przeważnie. Uwielbiam filmy, które robię, po prostu dlatego, że lubię poważne kino. Nie zgadzam się na kręcenie filmów, z których oglądania nie będę miał radości.

Czym jest dla ciebie kino poważne?

„Duplicate”, „Yes Boss”, „DDLJ”, nawet „Ram Jaane”. I oczywiście „Dil Se”. To, co robię, wiele dla mnie znaczy. Może to i dziwne, ale nie pracowałem nigdy dla nagród. Jestem szczęśliwy, kiedy jakąś dostaję, choć nie wiem dlaczego. Może dlatego, że świadczą o popularności. Nie oszukuję samego siebie myśleniem, że to są nagrody za niesamowite kreacje. Osobiście każdym ujęciem próbuję sięgnąć po National Award, ale żadnej jeszcze nie dostałem. Cieszę się swoimi filmami, bo uważam, że są trochę odmienne. Oczywiście, miewam momenty czysto ludzkiej słabości, chęci zrobienia czegoś innego w jakimś dobrym celu.

Jak to?

Chciałbym zagrać rolę eunucha, to coś innego. Bardzo im współczuję. Nie lituję się, ale czuję, że takim filmem mógłbym zrobić dla nich coś dobrego.

Sprawić, że będą bardziej szanowani?

Na ile ich znam, byłoby dobrze, gdyby mogli czerpać trochę dumy z faktu, że ktoś powiedział coś o ich życiu. Musiałbym spędzić z nimi trochę czasu, zobaczyć, jak żyją. Nie chcę grać w filmach, które już z góry głoszą swoją wielkość. Ja nie traktuję siebie zbyt serio, umiem się z siebie śmiać. Branie siebie na serio sprawia, że się usztywniasz, tracisz elastyczność. A jeśli nie jesteś elastyczny, nie możesz być też twórczy. Musisz być otwarty. Brzmi to strasznie głupio, kiedy aktorzy mówią czasem, że tkwią korzeniami w realnym życiu. To już świadczy, że tak nie jest. Ciągle jeszcze nie przyjąłem do wiadomości faktu, że jestem gwiazdą. Mogę cię przekonać, że gdzieś głęboko jestem bardzo poważnym aktorem. Mogę udzielić ci bardzo poważnego wywiadu i dostaniesz niesamowitą publikację. Ale nie uważam, że trzeba koniecznie robić bardzo poważne kino, żeby coś udowadniać. Nie ma poważniejszego reżysera niż Mani, a ja się świetnie bawię pracując z nim.

Twoje aktorstwo przypomina mi wczesnego Kamala Haasana. Grasz, jakbyś sądził, że żeby oddać emocję, musisz użyć każdego mięśnia, którym tylko da się poruszyć. Czy to twoja idea dobrego aktorstwa?

Bardzo lubię Kamala Haasana i Naseeruddina Shaha. Czuję, że właśnie ci dwaj aktorzy mają kapitalne wyczucie wykorzystania przestrzeni. Przyszedłem z teatru, tego uczył nas Barry John. Grasz wszystkim, od palca u nogi do szyi, a twarz robi resztę. Kiedy któryś z tych dwóch aktorów gra starca, nie potrzebują nawet charakteryzacji, ułożenie sylwetki już o tym mówi. Uważam, że są lepsi niż Dustin Hoffman i Robert de Niro razem wzięci. Ich wyczucie fizyczności daje ich aktorstwu trzeci wymiar. Wiem, że Kamal może samym wyrazem oczu sprawić, że zapłaczesz. Wiem, jakie robi pauzy. Ma niesamowite wyczucie czasu, wie, co lubi widownia. Jest czystej wody technikiem. Taki sam jest Naseer. Każdy aktor powinien dążyć do osiągnięcia takiej świadomości i samokontroli.

A czy twoja gestykulacja wynika z faktu, że nie wiesz, co zrobić z rękami?

Absolutnie nie, to banał. Ok, powiedzmy, gram ciebie. Jaką mam pewność, że ty nie poruszasz rękami? Czemu mam zakładać, że jesteś sztywny i bardzo się kontrolujesz, tylko dlatego, że jesteś dziennikarzem? Czemu nie masz być człowiekiem wymachującym ramionami, histerycznym, z wytrzeszczem, głupim jak but?

Dzięki, Shah Rukh.

Nie, ja naprawdę i szczerze uważam, że nie ma czegoś takiego, jak dobry albo zły sposób zagrania jakiejś sceny. Popatrz, obrazy Dalego nie przypominają niczego, co istnieje w realnym świecie, a ludzie i tak rozumieją ich znaczenie. Nigdy nie ekscytowałem się dziwacznymi słonecznikami Van Gogha, ale... Mam po swojej stronie masę energii i młodość. Wierzę całym sercem, że dopóki mogę, nikt mnie nie powstrzyma. Zacznę grać bezpiecznie w dniu, w którym poczuję się znudzony i zmęczony, w którym nie będzie już mi się chciało padać na ziemię i rozśmieszać ludzi. Będę grał jeszcze 20 lat i dostawał nagrody. Ale to nie teraz. Kiedy przyjechałem do Bombaju, byłem pewien, że nie będę robił tego, co bombajscy herosi i że mniej lub bardziej będę trwał przy swoim.

Czyli przy czym?

Na przykład przy graniu złych facetów. Może to nie zabrzmi skromnie, ale moje aktorstwo nie jest bardzo „filmi”. Nie podaję kwestii we właściwy sposób. Ludzie kwestionują sposób, w jaki mówię dialogi. Robię to po swojemu. Jeśli ci się to podoba, oglądaj. Jeśli nie, odpuść. Shabana Azmi mówi, że moje występy ją męczą. Cóż, niech nie traci więc czasu na oglądanie mnie. Niech zamiast tego ćwiczy, będzie zdrowsza. Nie chcę, żeby to zabrzmiało chamsko czy arogancko. Nie robię czegoś tylko dlatego, że to się sprawdza. Większość ludzi na samym początku potraktowała mnie jak fuksa. Nikt nie sądził, że przetrwam. Nikt nie dawał złamanego grosza za mój sukces. Na tym etapie mojej kariery ten styl jest ważny dla mnie jako aktora. Nie wierzę w ten sposób na granie, nie uważam, że ktokolwiek powinien próbować mnie naśladować. Chyba że za dwa lata, kiedy będą mnie boleć stawy i będę gruby, zacznę uprawiać spokojne aktorstwo. Tak naprawdę to bez trudu przychodzi mi stonowana gra, ale to jeszcze nie teraz, teraz chcę przeskakiwać przez dach. Jestem „bhaand”, jestem aktorem teatru ulicznego. Będę miał jeszcze mnóstwo czasu, żeby być spokojnym i nudnym. Będę grał niezwykle intensywne role nie poruszając nawet mięśniem, a ludzie powiedzą: „Ma tyle samokontroli i intensywności”.

Mówisz, że Mani nadał nowy odcień twojemu aktorstwu. Jak go znam, to jestem pewien, że cię ściśle kontroluje.

A teraz to ty upraszczasz. To wcale nie sprawa kontroli. Jestem na tyle wykształcony, żeby wiedzieć, że potrafię tak grać i wziąć za to pełną odpowiedzialność. Gram u Maniego i choć nie wiem, czy jego styl jest dobry, czy zły, potrafię nim zagrać.

Co masz na myśli?

Już mówię, bo ludzie mogą zrozumieć to opacznie. On mnie nie może kontrolować. Nikt nie może. Jeśli będę miał na ekranie dostać obłędu, dostanę obłędu. On po prostu wzmocnił moją pewność siebie i pewien rodzaj... Powiedział mi coś, co bardzo do mnie dotarło, wprowadziło wiele sensu. Powiedział: „W życiu aktora przychodzi taki etap, że nie umiesz już odróżnić, co jest grą, a co jest naturalne”. Coś w tym stylu. Poprowadził mnie tak w pewnej scenie, którą grałem ze starszą panią, że zrozumiałem, że jest taki styl – nie tyle aktorstwa, co bycia. Pojąłem, że po latach obserwowania i pracy w branży traci się z oczu najbardziej ewidentne rzeczy. Niby je znasz, ale potrzebujesz, żeby ci ktoś je pokazał i nakłonił, żebyś je wykonał. Ludzie na pewno będą mówić, jaki jestem stonowany i że to osiągnięcie. Mogę każdą scenę zagrać na osiem różnych sposobów. Zawsze też będzie trochę prawdziwego mnie w każdej roli, ale zakamuflowanego pod postacią konkretnego bohatera. Nigdy nie ogłupiałem się wiarą, że tak głęboko wchodzę w rolę, że zapominam, kim naprawdę jestem. W określonych sytuacjach będę musiał wydobywać wiele z Shah Rukha. To coś, co muszę wliczyć w moje aktorstwo. To jest coś, czego się nauczyłem od Maniego.

Co więc wolisz? Wolisz, żeby cię pozostawiono samemu sobie, czy wolisz być prowadzony?

Jestem bardzo elastyczny. Ja wiem, jak zrobić daną scenę i uważam, że to najlepszy sposób, ale reżyser może sądzić inaczej, więc moją opinię zachowuję dla siebie. Robię dokładnie to, co mi każe, bo to moja praca. Mogę zaproponować moją interpretację. Jeśli się spodoba, to fantastycznie, bo przyszła mi ona w sposób naturalny. Ale będę pracował tak, jak mi reżyser każe. Jeśli to, co zaprezentuję, nie spodoba się reżyserowi, zachowam to dla filmu, który sam wyreżyseruję. Jest masa sposobów na zepsucie sceny. Będę więc próbował jednego po drugim, zamiast iść właściwą drogą.

Jak myślisz, dostaniesz kiedyś rolę introwertyka?

Już taką grałem, w serialu...

Na bok seriale, nie chodzi mi o to, że nie jesteś zdolny do jej zagrania, ale pamiętając o twoim nadaktywnym wizerunku...

Nie wiem, to bardzo hipotetyczne...

Powiedzmy tak. Jeśli ktoś napisze scenariusz, którego bohater będzie introwertykiem, nie pomyśli o daniu go tobie.

Ale dlaczego? Mówisz, że nie jestem dość dobry, żeby udźwignąć taką rolę.

Mówiłem ci, nie o to mi chodzi.

No cóż, nikt do tej pory mi czegoś takiego nie zaproponował. Powinienem dostać taką rolę, tak. Już najwyższy czas. Zaczynam się już momentami nudzić samym sobą. Lepiej już przepraszać niż być bezpiecznym. Jeśli pójdzie mi źle, mogę powiedzieć: „Przepraszam, starałem się”. Satysfakcja z podjęcia się raz na dziesięć lat czegoś kompletnie nowego i sprawienia, że to się podoba, to dość, żeby odłożyć na bok tych dziewięć lat by opowiedzieć jakąś historię. Tak było z „Karan Arjun” i „Pardes”. Komercyjnie mam je we wdzięcznej pamięci, ale nie pokazałbym ich synowi, mówiąc: „Popatrz, co tatuś zrobił, żebyśmy mieli basen w domu”.

Masz żal do Subhasha Ghaia?

Ani trochę. Większość z tego to robota mediów.

Czemu więc ciągle łączą to z „Karanem Arjunem”?

Jako aktor nie przepadam za tym filmem. Nie widziałem go, więc może nie powinienem mówić niczego negatywnego. Jesteśmy (Rakesh Roshan i ja) bardzo dobrymi przyjaciółmi.

Daj spokój z przyjaźnią.

Po całej tej sprawie to już nie przyjaźń. Uważam, że jest świetnym filmowcem.

W porównaniu z „Trimurti” to jednak lepszy film.

Szczerze – naprawdę wolę „Trimurti”. Nie to, że mnie oszukał, ale przedstawił mi mojego bohatera zupełnie inaczej. Kiedy już zaczęliśmy kręcić, powiedział: „Jako reżyser postanowiłem, że twojego bohatera zrobimy tak i tak”. Hej, ta postać jest introwertyczna. To ktoś w stylu Shah Rukha, a nie typowego filmu indyjskiego.

Czy to kwestia ilości scen?

Nie, wcale. W moim pierwszym filmie, „Deewana”, pojawiałem się dopiero w drugiej połowie.

Nie, mówimy o gwieździe, o której mówi się, że przewyższyła sukces Amitabha Bachchana.

Dla aktora ten film był nudny. Siedziałem na planie, nie mając nic do roboty. A ja lubię pracować dwadzieścia cztery godziny na dobę. Połowę scen z filmu Maniego wycięto, ale ja przy nich pracowałem. Nie szkoda mi, że jedne z najtrudniejszych scen poszły pod nóż. Po „Pardes” jakoś nie miałem poczucia spełnienia. Kiedy moje filmy odnoszą sukces, mam uczucie – „hej, ja też się do tego przyczyniłem”. Kiedy robią klapę, wiem, że mogłem się bardziej postarać. Co do tego jestem uczciwy.

Obciążasz swoje aktorstwo winą za klapę

Nie mówię o winie. To tak, jakby twoja klasa grała w nogę. Twoja klasa wygrywa, a ty myślisz, że się do tego przyczyniłeś, bo siedziałeś na trybunach. Powiedziałem Subhashowi Ghaiowi, że nie pochwaliłbym się mamie, że grałem w tym filmie. Rozumiał to i nie miał mi za złe. W „Pardes” jest przynajmniej jedno ujęcie, które lubię. A niestety, w „Karan Arjun” nie ma nawet tego. Fizycznie pracowałem przy „Karan Arjun” bardzo ciężko, bo czułem się łyso, że nie mogę się w film zaangażować mentalnie. Zrobiłem nawet kaskaderkę za jednego z kaskaderów. Nie jestem więc wkurzony, bo wiem, że film to medium reżyserskie. Nie wierzę, że jakikolwiek film odnosi sukces dzięki mnie. I vice-versa.

Wydajesz się być przekonany, że to nie sukces się liczy. Coś innego...

Coś innego się liczy, tak.

Ale co to jest? Chodzi mi o to, że kiedy film się dobrze sprzedaje, to jest od razu znak dobrego przyjęcia przez widownię.

I tym bardziej jest to dziwne, że cała zasługa idzie na konto głównego bohatera. Nasza branża jest zdominowana przez mężczyzn. Czasami przykro mi ze względu na moje partnerki. Ale bohater nie ponosi całej winy za klapę. Nawet po „Duplicate” wiele osób mówiło, że nie lubi filmu, lecz mnie – owszem. A więc to to „coś innego”, czego szukam – łatwo mi to osądzić – będzie tym, co pokażę moim dzieciom, puchnąc z dumy? Mój ojciec walczył o wolność. Ja tego nie widziałem, ale kiedy czytam artykuły oddające cześć „thamara pathras”, czuję się dumny. Chciałbym, żeby moje dzieci też tak czuły w stosunku do mnie. Nie powinny się czuć źle, że mają tyle dobrych rzeczy w życiu. Najgorsze, to jeździć mercedesem, na którego się nie zasłużyło. Te dwa filmu sprawiły, że tak podle się czułem. Mam dreszcze, kiedy widzę je w telewizji. Wiem, że takie wartościowanie nie ma sensu, ale kiedy pojawiają się tam piosenki z „Duplicate”, czuję się dumny.

Gdzie więc jesteś dziś, w kategoriach biznesowych?

Mówią, że w tej chwili sprzedaję najwięcej. Na rynkach zagranicznych nikt nawet nie zbliża się do mojej pozycji. Wiesz, kiedy zaczynałem, mówiłem, że moje filmy powinny mieć znak jakości. Coś powinno je wyróżniać, choćby maleńki dźwięk na płycie. Powinno być widać efekty wysiłku. Często aktorzy płaczą i smucą się, kiedy ich filmy padają. Kiedy mają hit zadzierają nosa i mówią: „A nie mówiłem?” Obie skrajności są złe. Wierzę w ciężką pracę. Kiedy kończę dubbing, mówię moim reżyserom: „Skończyłem z tym filmem”. Rezultat nie złamie chęci do ciężkiej pracy i nie zmieni mojego stylu aktorskiego. Czasami najlepsze nie wystarczy. Więc w kategoriach biznesowych powiem, że moje filmy dobrze sobie radzą.

Czy jesteś wielokrotnego użytku?

Nie. Sądzę, że tym, co ludzi wiąże ze mną, jest chęć pracy z tymi, którzy chcą robić interesujące kino.

I to nie ma nic wspólnego z wyczuciem scenariusza?

Nie sądzę, że publiczność tak myśli. To działa tak: „Lubisz tego gościa? Taak, dobrze gra i jak na dziś, to lubię jego styl”. Być może jestem właściwym facetem we właściwym czasie. Wiedzą, że nie zawiodę ich kompletnie.

Krótko mówiąc – jesteś wart swojej ceny?

Tak, chyba tak. I to jest moje podejście do biznesu, nie „wielokrotny użytek”. To ma tylko film, nie gwiazda.

Spotkałem gościa z Singapuru, który mówił mi, że nigdy nie widział tak ekstatycznej reakcji na widok żadnego śmiertelnika, jak wtedy, kiedy Ty pojawiłeś się na scenie. Czy to cię zachwyca? Czy przeraża?

(Długa pauza). Myślałem o tym dużo. Oszukiwałem nawet samego siebie mówiąc sobie, że to nie reakcja na mnie, tylko na moją osobowość ekranową. Ale nawet to nie odpędza myśli, że to były tysiące krzyków. Kiedy przechodzę, ludzie chcą mnie pocałować. Ja tego nigdy nie czułem w stosunku do nikogo. Ani do pana Bachchana, ani do pana Rajnikantha. Tylko do Kamala. Kiedy się po raz pierwszy spotkaliśmy, zapytałem, czy mogę go dotknąć.
Trudno jest na to pytanie odpowiedzieć.

Myślę, że gdzieś z tyłu głowy masz poczucie, że to wszystko jest ulotne.

Mam tego świadomość, a jednak nie chciałbym, żeby kiedyś zniknęło. Wiem, to nie będzie trwało. Miałem po prostu szczęście. To chyba wszystko błogosławieństwo mojej matki. To, co dostałem od Boga i moja żona to moje szczęście. Jestem też niesamowicie utalentowany. Tak o tym myślę, ale nie potrafię tego nadal wyjaśnić. Nie przeraża mnie to. Kocham to, cieszę się tym. To nie arogancja, ale duma z tego, kim jestem i czego dokonałem. Może robię to tylko dla pieniędzy. Może dlatego, że nic lepszego nie mam do roboty. Naprawdę dostałem się do tej branży przypadkiem i nagle znalazłem się w sytuacji, kiedy ludzie są szczęśliwi, że mnie widzą. Nigdy nie byłam zbyt skromny, ale wierzę w Boga i to jest trochę tak, że kiedy w coś mocno wierzysz, to to się pojawia. Bóg jest teraz dla mnie wręcz namacalny. Nie wiem, może to moje włosy, dołeczki czy sposób mówienia. Nie wiem i nie chcę tego za bardzo dociekać. Dziękuję Mu za to, że mogę dać ludziom falę szczęścia, nawet przez makrosekundę. To dziwne, bo nikt inny, prócz mojej rodziny, nie jest w stanie wywołać takiego poczucia u mnie. Jestem szczęśliwy, kiedy mój syn gaworzy w słuchawce. Jestem jak dziecko, które nie zdaje sobie sprawy, że może uszczęśliwiać ludzi. I tak naprawdę fakt, że ludzie uznają coś tak mało ważnego, głupiego, małego jak ja za źródło szczęścia, sprawia, że chce mi się pracować mocniej. Pracuję tak ciężko, że pewnie któregoś dnia to mnie zabije. Publiczność może się mną znużyć, ale mnie nigdy nie znuży wysiłek włożony w próby jej uszczęśliwienia.

Wydaje mi się, że teraz więcej kobiet jest zazdrosnych o twoją żonę, niż mężczyzn jest zazdrosnych o ciebie.

(Śmiech) Nie wiem. Moja żona mówi to samo, ale dodaje, że to dlatego, że mnie nie znają. Nie jestem nadzwyczajnym mężem. Ona jest o wiele lepszą osobą.

Może to dlatego, że deklarujesz wieczną miłość i zapewniasz, że jesteś monogamiczny.

Nie zapewniam. Po prostu do tej pory pozostałem monogamiczny. To nie jest tak, że ja się bardzo staram. Nie obiecuję, że w przyszłości to się nie zmieni. Może zakocham się w kim innym, może mi się to zdarzyć, mówię o tym mojej żonie. Może nawet już jestem w kimś zakochany. Osobiście jestem bardzo nieśmiały. Nigdy nie spotykałem zbyt wielu kobiet. Nawet kiedy zostałem gwiazdą, mam tylko kilka partnerek, które szczerze uwielbiam. Wierzę w to, że są możliwe platoniczne damsko-męskie związki. Mam taki z Madhuri, Juhi i Kajol. Najbardziej je lubię, bo w pracy są zdeterminowane. Tak czy inaczej, sądzę, że to bardziej mężczyźni powinni mi zazdrościć, bo Gauri jest po prostu wspaniała. Nie jest bardzo troskliwa. Nie jest dla mnie wcale słodka, nie rozpieszcza mnie. I tak naprawdę nie jest nawet dla mnie miła. Lubię ją taką, jaka jest, i myślę, że to bardzo ważne, że jest ktoś, kto zna mnie od podszewki. Uśmiecha się na mój widok, choć to nie zdarza się za często, może raz na pół roku. Ale wiem, że ten uśmiech jest tylko i wyłącznie dla mnie. Nigdy nie zapewniałem, że jestem mężczyzną jednej kobiety. Rzecz chyba w tym, że po pracy jestem śmiertelnie zmęczony. Nigdy mi nie przyszło do głowy, żeby sypiać z dziewczynami, z którymi pracuję. Nie jestem taki. Kocham piękne, inteligentne kobiety, ale nie widzę w nich obiektów pożądania. To jak w tym dialogu z „Forresta Gumpa”: „To wybór pomiędzy spokojem sumienia a kawałkiem d....”. Wolę ten pierwszy. Nikt do tej pory nie zainteresował mnie tak, żebym chciał utracić mój spokój sumienia. Gauri bardzo mi ufa, a ja jej nie zawiodłem. Ale poza tym nie jesteśmy specjalnie dopasowani. Nie wygralibyśmy konkursu na najlepszą parę świata. Może rzecz jest nie tyle w miłości, co w zmyśle moralnym, jaki mam.

Jak ważna dla twojej pracy jest domowa harmonia?

Niezbyt ważna. Jestem niespokojnym duchem.

Wyobraź sobie, że masz w domu masę problemów.

Myślę, że wtedy po prostu grałbym lepiej. Cokolwiek złego czy dobrego robię, wynika z tego, że jestem niezmordowany. Po śmierci rodziców byłem bardzo samotny. Nie chcę nadawać temu romantycznej otoczki. Po prostu chcę zadowolić jak największą ilość ludzi. W jakiś sposób próbuję skryć się w tłumie i uciec od samotności. Więc jeśli w domu żona mnie tłucze, to gram lepiej. Gra jest jak zawór bezpieczeństwa. Grałem nawet, kiedy grożono mi śmiercią. Rozśmieszałem ludzi, kiedy ciało mojej matki leżało w domu. To brzmi surrealistycznie, ale taka jest prawda.

Mówiąc o zagrożeniu życia i związkach branży filmowej z przestępczym podziemiem, czy zatańczyłbyś na prywatnym przyjęciu w Dubaju, gdyby ktoś zadzwonił i cię o to poprosił?

Nie dzwonią do mnie, żebym tańczył na przyjęciach. Wiedzą, że kiepsko tańczę.

Są dowody, nagrania video gwiazd występujących na takich zamkniętych imprezach.

Mnie nikt tego nie proponował. Kiedy pojawiłem się w Bombaju, mafia nie była aż tak wpływowa. Jeśli pytasz mnie o to jako gwiazdora siedzącego przed tobą, to powiem – nie, nie zrobiłbym tego. Jeśli pytasz mnie jak człowieka, który odczuwa wszystko na własnej skórze, powiedziałbym: tak. Nie zaprzeczę. I za jedno, i za drugie popadłbym w kłopoty. Jeśli dostałbym telefon z żądaniem stawienia się w określonym miejscu, a musiałbym się stawić, bo być może nie mam dostatecznej ochrony, żeby odmówić, powiedziałbym: „tak”. Nie jestem bohaterem. Mam wiele do stracenia

Czemu więc grożono ci śmiercią?

Nie wiem. Policja zadzwoniła, żeby powiedzieć, że moje życie jest w niebezpieczeństwie, więc dadzą mi ochronę. Bardzo bałem się o swoją rodzinę. Nie bałem się, że to ja mogę dostać kulkę. No i pojawili się ci ludzie, co do których podejrzewałem, że są z mafii. Zaprosili mnie na jakąś uroczystość religijną. Odmówiłem, bo miałem zdjęcia. Następnego dnia byli juz na planie zdjęciowym. Nawrzeszczałem na nich za to. Odciągnęli mnie na bok i wyjęli broń. Zawsze mi się wydawało, że kiedy ktoś wyceluje we mnie z broni palnej, będę krzyczał i odepchnę go. A wtedy nie byłem w stanie nawet drgnąć. Mogli mnie z łatwością zabić. Okazało się, że to zapalniczka, a pojawili się, żeby przeprosić, że mnie do czegoś przymuszali. To było jak scena z filmu. Potem dzwoniła policja, żeby mi powiedzieć, że widziano mnie w Dubaju, kiedy układano spisek na śmierć Gulshana Kumara. Nie znałem tych ludzi. Powiedziałem więc, że to ich praca wiedzieć, że nie pojadę do Dubaju. Okropne jest, kiedy nawet nie wiesz, kto tak naprawdę cię chroni.

Czasami potrzebujesz ochrony przed obrońcami.

Taaak, czasami lepiej jest ulec. Jestem yuppie. Mam dużo dumy, ale kiedy pojawia się problem wyboru między dumą a rozsądkiem, wybieram ostrożność i mówię, że tego nie zrobię, bo siły do tego przeznaczone nie są w stanie zapewnić mi ochrony. Fakt, że ci ludzie znają mój zastrzeżony numer telefonu sprawia, że wolę czasami ulec.

Jakie są więc zagrożenia, a jakie radości bycia gwiazdą?

Jest wiele przyjemności. Możliwość grania przed kamerą to jedna z nich. To coś takiego, jak codziennie występować w mistrzostwach świata. Nie ma wielu niebezpieczeństw.

Czy żałujesz prywatności, jej utraty?

Ani trochę. Uwielbiam brak prywatności. Gdybym miał prywatność, byłbym samotny. To chyba nawet modne, robić takie oświadczenia. Wolę mieć problem z pójściem do restauracji bez wywoływania sensacji, niż żebym przeszedł przez całe Chandni Chowk nierozpoznany. Aktor połowę życia pracuje usilnie na to, żeby być rozpoznawalnym, a drugą – nosząc ciemne okulary. To głupie. Inni znowu wymagają specjalnego zachowania w miejscach publicznych, jak na przykład niepalenia podczas rozmowy z prasą. Jestem uczciwym aktorem. Nie chcę, żeby ludzi mieli poczucie, że coś przed nimi udaję. Jeśli pytasz, co sprawia, że odniosłem sukces, powiem, że jestem bardzo prosty. Nie mam głosu Amitabha, talentu aktorskiego Kamala, umiejętności tanecznych Prabhu Devy czy siły komicznej Govindy.

Czy masz jakiś osobisty kod postępowania? Czy są rzeczy, których nie zrobiłbyś przed kamerą?

Nie całuję moich partnerek w usta. Czuję się zbyt skrępowany. Jeśli zacząłbym je całować, musiałbym pójść na całość. Ludzie mówią, że to tanie, ale ja nie lubię aluzji i podtekstów seksualnych. Nie lubię też żartów z fizycznych ułomności. Zrobiłem to parę razy w różnych filmach, bo nie było to wyraźnie wyszczególnione w scenariuszu, ale kryło się w narracji. Ale chętnie w filmie zagrałbym osobę niepełnosprawną. Nie lubię też poniżających uwag w stosunku do kobiet. Wolę pocałować kobietę w czoło niż w brzuch, a osiągam ten sam stopień zmysłowości. Za to lubię filmową krew. Wiele osób uważa to za przejaw złego smaku.

Skąd wy wiecie, jakiej gaży zażądać od producenta?

Niezależnie od tego, co przeczytasz w gazetach, ja pytam producenta, ile jego zdaniem powinien mi zapłacić. Wierzę, że jeśli wymieniają jakąś kwotę, to jest ona proporcjonalna do kosztów całego filmu. Od czterech – pięciu lat pracuję z ludźmi, którzy nie potrzebują mnie, żeby korzystnie sprzedać film. Zwykle wymieniają kwoty, które wydają się rozsądne. Nie mam ustalonej ceny. Wiele osób oferuje mi udział w zyskach za granicą, ale się nie zgadzam, nawet kiedy potrzebuję pieniędzy. Czuję, jakby próbowali kupić mnie na własność, a ja jestem tylko do wynajęcia.

Gdybym więc zjawił się z torbą wyładowaną plikami banknotów, na kiedy moglibyśmy się umówić?

Teraz robię około czterech filmów rocznie i czuję, że to za dużo. Postanowiłem zredukować tę liczbę. Kończymy „Dil Se”, „Kuch Kuch Hota Hai” jest gotowe, „Josh” ukończony w 90 procentach. Zaczynam dwa następne filmy, „Baadshaha” i następny film Shashilala Naira („One 2 Ka 4” - przypisek tłumacza). Postanowiłem nie podpisywać następnych kontraktów. Przesunąłem filmy Davida Dhavana i Raja Kumara Santoshi o następnych pięć miesięcy. Jeśli więc chciałbyś mnie zaprosić do swojego filmu dzisiaj, to umówmy się na opowiadanie scenariusza na listopad, z opcją rozpoczęcia zdjęć w sierpniu.

A gdybym powiedział, że będzie reżyserował Mani Ratnam?

To tym bardziej nie miałoby sensu, bo moje terminy są ścisłe. Inaczej musiałbym odrabiać dwie dniówki na raz albo odwołać terminy u kogoś innego. Tamta osoba wściekłaby się i przeklęła mnie, i film Maniego zrobiłby klapę. Moje filmy są kręcone przez około 78 dni, mniej więcej tyle samo czasu trwa postprodukcja. Dlatego jestem cenioną gwiazdą. Producenci podpisują ze mną chętnie kontrakty, bo wiedzą, że w ciągu roku zakończą film. A to również dobra gwarancja dla dystrybutora.


Tłumaczenie: Mowilka

© Tekst chroniony prawem autorskim.
    Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
    Więcej informacji w dziale "strona"