w skrócie

autobiografia

wywiady

artykuły

przemówienia

o filmach

Still Reading Khan

mapa wspomnień

co lubi SRK ?

nagrody

inni o SRK

 

Słucham każdego

Wywiad dla Screen Weekly, styczeń 2005r.
Autor: Bhawana Somaaya


Porównywano go do wszystkich poprzedników. Jego nieporządna fryzura podobno przypomina sławny loczek Dilipa Kumara. Jego nadmierna energia jest deja vu młodzieńczości Shammiego Kapoora. Niektóre jego charakterystyczne gesty, jak przymykanie oczu, przywodzą na myśl dawnego Rajesha Khannę. A jego nieustające powodzenie w box-office nasuwa podobieństwo do Amitabha Bachchana.
A jednak Shah Rukh Khan jest i tak inny od nich wszystkich. Co kilka lat jego krytycy rzucają mu nowe wyzwania w postaci młodszych herosów, jak Hrithik Roshan, Vivek Oberoi, a teraz Shahid Kapoor, ale dystrybutorzy twierdzą, że wiele wody upłynie, zanim ktoś nowy osiągnie poziom jego stabilności.
W niespełna dwie dekady Shah Rukh miał kilka kamieni milowych, wychował sobie wierną publiczność i w Indiach, i za granicą. Choć początkowo identyfikowany jako ekranowy lover boy, grał jednak i prześladowcę („Baazigar”), prześladowanego („Yes Boss”), buntownika („Karan Arjun”) i ofiarę (Kabhi Kushi Kabhie Gham”). Nakręcił musical („Dil To Pagal Hai”), film akcji („Main Hoon Na”), a teraz kręci film „Swades” ze współczesnym przesłaniem patriotycznym.

W przeprowadzanym bez pospiechu, późnym wieczorem, wywiadzie, przerywanym za każdym razem, kiedy któreś z jego dzieci wskakuje mu na kolana i domaga się jego uwagi, Shah Rukh Khan skupia się na wielu tematach.

Trzy premiery, dubbingowanie filmu, światowa trasa koncertowa. Czy to nie dużo na jeden rok, nie jesteś wyczerpany?

Nie, czuję się dobrze... Dbam o to, żeby łapać chwile oddechu pomiędzy różnymi obowiązkami. Nigdy nie walczyłem o spokojną pracę. Zawsze byłem w ruchu. Miałem od zawsze trzy premiery w roku, ale tak, od jakiegoś czasu zwiększyła się ilość powiązanych z tym obowiązków. Tak więc terminarz wypełnia się coraz ściślej, ale wszystko jest pod kontrolą

Jak dzielisz czas pomiędzy reklamy, kręcenie filmów i występy estradowe?

Cykle koncertowe planowane są co mniej więcej dwa lata. Teraz odstęp wyniósł cztery z powodu mojej operacji kręgosłupa. Występy w reklamach nie są aż tak wymagające. Reklamuję cztery produkty, a kręcenie reklamówki zabiera dwa do trzech dni. Ostatecznie robi się z tego jakieś dwanaście dni w roku, co nie jest trudne do wygospodarowania. Poza tym agencje reklamowe nie oznaczają ścisłych dat filmowania. Kampanie prowadzone są okresowo i dzięki temu terminy są dość elastyczne. Przez większość czasu kręcimy w blisko moich planów filmowych, więc oszczędza to mnóstwo czasu.

A kręcenie filmów?

Robienie filmu nigdy dotąd nie było aż tak profesjonalne. Wszystkie ekipy są starannie przygotowane, zanim wejdą na plan. Aktorzy rezerwują dla filmu sporo czasu, więc zwykle zamyka się to średnio w 90 – 100 dniach zdjęciowych. Dodaj do tego jeszcze tydzień na promocję telewizyjną i promocję muzyki, a i tak pozostaje dużo czasu, którego potrzebuję, żeby jechać na urlop z rodziną. Jeśli dzieci mają wakacje, jadą ze mną, gdziekolwiek ja się udaję.

A co z przyjaciółmi i kolegami, ich smutkami i radościami, które chciałoby się dzielić? Gdzie oni mieszczą się wśród niezliczonych obowiązków zawodowych?

Jeśli komuś zależy, czas się znajdzie zawsze. Trzeba się uczyć szukać priorytetów. Czasami naginasz wszystko dla jednej osoby i to jest dla ciebie niezwykle ważne. Czasami jest tak, że mimo najlepszych intencji nie możesz być z przyjaciółmi albo przybywasz za późno. To jest loteria i trzeba to zaakceptować. Ci, którym na mnie zależy, akceptują.

Kiedy czternaście lat temu zacząłeś grać w filmach, byłeś uważany za dzieciaka. Teraz jesteś ewidentnie bardziej dojrzały.

Nie zgodzę się, że byłem dzieciakiem. Zawsze wypowiadałem swoje zdanie. Wcześniej byłem nowy, wiec ludzie niechętnie mnie słuchali. Teraz są do tego bardziej skłonni. To naturalne. Tak się właśnie zmienia nasze postrzeganie. Wszyscy klasyfikujemy ludzi na dobrych, złych, hojnych czy podłych. Ci, którzy się ze mną nie zetknęli osobiście, wkładają mnie do swojej szufladki. A ja nikogo nie lekceważę, ale nie będę poddawał się czyjejś woli tylko dlatego, że nie chcę zrobić złego wrażenia. Nie było żadnej drastycznej zmiany. Będę zawsze miał swoje zdanie, ale nie będę przekraczał granic. Nie sądzę, żeby ktoś mógł się uskarżać, że nie szanuję świętości.

Teraz może i nie, ale w przeszłości miałeś napady wściekłości. Jak dziś określiłbyś te incydenty: były spowodowane gniewem czy niepewnością?

Nigdy nie byłem zagniewany ani niepewny. Nie zachowuję się źle i nie toleruję takiego zachowania u nikogo, nawet u własnych dzieci. Mam bardzo jasny pogląd na to, co dobre i co złe. Często byłem niesforny, ale nigdy obojętny na wrażliwość innych ludzi. To dlatego kiedy ktoś mnie prowokuje, zmusza mnie do ostrej reakcji. Kiedy ostatnio wróciliśmy z tournee po Sri Lance, media elektroniczne rzuciły się na nas, jakby to było jakieś świętowanie tragedii. Młoda reporterka zadawała mi najbardziej napastliwe pytania w tonie niemal oskarżycielskim. Miałem ochotę ja zwymyślać. Gdybym miał 26 lat, może nie byłoby to właściwe, ale mam 39 i racja była po mojej stronie. Pohamowałem się jednak, ten moment był zbyt bolesny.

Ja często spotyka cię coś takiego?

Zdziwiłabyś się, jak często. Czasami obcy przychodzą sobie na plan, a kiedy nie dostają pozwolenia na wejście, rzucają moim nazwiskiem. Żeby oszczędzić im zażenowania, zwykle macham na to ręką i kiwam głową na zgodę, ale oni wtedy czują się swobodnie i zaczynają się spoufalać. To osłabiające. Czasami podekscytowani fani mówią coś bezmyślnego, a czasami profesjonaliści także mówią złe rzeczy. Moja żona Gauri mówi, ze powinienem być tolerancyjny, bo kiedy ludzie spotykają mnie po raz pierwszy, nie wiedzą, co począć. Nie lubię tego i o ile jestem gotów przymknąć na to oko w przypadku fana, to nie dla kogoś, kto bardzo chciałby ze mną pracować.

U kogo szukasz rady w konfliktowych sytuacjach?

Słucham każdego, ale robię to, co sam uważam za słuszne. Kiedy kręciłem „Swades”, Ashutosh Gowariker powiedział mi: „Shah Rukh, masz mnie teraz słuchać. Jestem reżyserem”. Bo naszym stałym dowcipem był żart o to naszym stosunku reżyser-aktor (panowie grali razem w filmach „Kabhi Haan Kabhi Naa” i „Chamatkar” - przypisek mój). Oczywiście teraz Ashu już przywykł do mojego złośliwego poczucia humoru.

Czy zdania jak „Aamir Khan ma klasę, a ja mam wzrost”... to przejaw tego poczucia humoru?

Jesteśmy z Aamirem dostatecznie zaprzyjaźnieni, żebym wiedział, że on się nie przejmie taką wypowiedzią. Nasze kumpelstwo wykracza poza takie komentarze. Spędziliśmy razem tyle czasu, że zdążył przywyknąć do moich ironicznych uwag.

A co z niegdysiejszą uwagą na temat Simi Garewal w „Koffee with Karan”?

Nie pamiętam, co powiedziałem w programie. Simi wypłynęła jako temat rozmowy, bo charakter tego programu jest podobny do „Rendezvous” prowadzonego przez Simi... W moim komentarzu nie mogło być nic złośliwego. Nawet mi się nie śni lekceważenie kogoś takiego jak Simi Garewal, która ma wysoka rangę (status seniorki – przypisek mój).
Zwykle na szczycie jest się samotnym. Ale wydaje się czasami, że zdobywasz tabuny przyjaciół. Ilu pozostanie, jeśli jutro nie będziesz już gwiazdą? Chcemy wierzyć, że ludzie przyjaźnią się z nami, a nie z naszą pozycją. Czas oczywiście pokaże, jak jest naprawdę. Nie każdy, kogo się przy mnie ogląda albo deklaruje, że jest moim zaufanym, tak naprawdę jest blisko mnie. Nie zaprzyjaźniam się łatwo. Po 14 latach w branży mam w niej wciąż czwórkę przyjaciół. Do kilku osób jestem przywiązany całym sercem, głębokimi więzami, ale między jednym a drugim jest jednak różnica. Do przyjaciela zwracam się, kiedy jestem w dołku. Ci ludzie znają mnie z czasów, kiedy nie byłem gwiazdą, zanim przyjechałem do Bombaju. Do tej listy dodałem kilka bardzo drogich mi imion. Nie są oni poruszeni moim sukcesem. Nie schlebiają mi po każdej premierze. Mówią mi prawdę.

Z którym z twoich tegorocznych bohaterów identyfikujesz się najbardziej?

Niech pomyślę. W szkole kochałem się żarliwie w mojej nauczycielce, więc jest podobieństwo z Ramem z „Main Hoon Na”. Veer z „Veer Zaara” nie myśli o sobie, poświęca całe życie dla kobiety. Bardzo chcę wierzyć, że byłbym do tego zdolny. Zostaje Mohan Bhargav ze „Swades”. Mohan jest zbyt idealistyczny. Chciałbym być taki, jak on, ale nie jestem.

A jak oceniasz z perspektywy twoje występy?

„Main Hoon Na” jest zabawny i o to nam chodziło, kiedy kręciliśmy. „Veer Zaara” było wyzwaniem – musiałem zagrać mężczyznę o wiele starszego od siebie i tak steranego życiem, że widać to było w jego postawie i w mowie. Wymagało to znacznego spowolnienia. W „Swades” mój bohater jest przedłużeniem tego, jaki jestem w prawdziwym życiu – prowadzi samochód, posługuje się gadżetami. Mam mniej więcej ten sam styl życia minus ideały. Tak więc pozornie wyglądało to bardzo prosto, ale kiedy zacząłem kręcić, właśnie ten bohater okazał się nieujarzmiony.

Jesteś zwykle zadowolony ze swoich występów?

To jest dziwny, ale powtarzający się sposób, w jaki traktuję moją pracę. Nie wiem, jak to jest u innych aktorów, ale kiedy ja oglądam coś swojego po raz pierwszy, zwykle nic mi się nie podoba. Trochę później, kiedy widzę to znowu, już bardziej się sobie podobam. Chyba trzeba dużo czasu i przestrzeni, żeby przyswoić sobie każdy nowy image. Wreszcie, po upływie jakiegoś czasu, zaczynam dorastać do roli. Dawniej trwało to dłużej, ale teraz ten proces jest krótszy. Bardzo długo pytany o ulubioną rolę mówiłem – ta z „Dilwale Dulhania Le Jayenge”. Teraz mówię: następna. Po prostu aktor zawsze ma nadzieję, że jego najlepsza rola jest wciąż przed nim.

Jaka jest Twoja definicja dobrej roli?

To może brzmieć jak frazes, ale nie sądzę, żeby była w ogóle jakaś definicja. Moja opinia się zmienia wraz ze mną. Wszystko, co mogę, to utrzymać koncentrację aż do końca zdjęć. Aktorstwo to złożony proces. Różne formuły sprawdzają się u różnych ludzi. Ja jestem często krytykowany, że w każdym moim filmie gram Shah Rukha. Odpowiadam na to, że jeśli nawet odważyłbym się całkowicie odsłonić, to czy chodzi to o bycie różnym, czy o bycie sobą? Przez 14 lat obnażam na ekranie kawałki i ułamki siebie samego. W dniu, w którym dotrze do mnie, iż wystawiłem się już do tego stopnia na widok publiczny, że jestem nagi, będę widział, że trzeba odejść. Możesz to nazwać czasem twórczego odwrotu albo po prostu – wypaleniem.

A jak aktor to rozpoznaje?

Nie wiem, a to na pewno oznacza, że mój czas jeszcze nie nadszedł. Ale trzeba być czujnym, uważnym, obserwować siebie i oszczędzać swoją muzę. Film to podróż reżysera. Moją pracą jako aktora jest zobrazować jego wizję, poprzez miejsca, kostiumy, słowa, jakich mi dostarcza. Buduję moją rolę z tego, co jest w scenariuszu. W zależności od niego – twórcy – bywam w filmie kompetentny, przeciętny lub zły. Niestety, kino jest jedynym medium, gdzie kreatywność jest kontrolowana przez komercjalizm.

A na koniec tej podróży jak wiele z postaci zabierasz z sobą do domu?

Uwielbiam postać Dady na podobieństwo Gandhiego ze „Swades”, ale nie marzę nawet o tym, żeby go naśladować. Można próbować być takim bohaterem jak Mohan Bhargav, ale w prawdziwym życiu trudno byłoby być tak heroicznym. Zdecydowałem się zagrać w „Swades”, bo podobało mi się przesłanie filmu. Każdy chciałby być tak pełen cnót jak on, ale przeceniałbym siebie, gdybym powiedział, że jestem patriotą bez skazy.

Jak wyglądało kręcenie z Gowarikerem w porównaniu z pracą z Choprami czy Joharami?

Spośród wielu filmów, jakie zrobiłem w mojej karierze, tylko sześć nakręciłem z Joharami i Choprami. Reszta mojego dorobku należy do różnych reżyserów. Ale ludzie mają na ten temat pamięć wybiórczą, może przez to, że właśnie te filmy były sukcesami komercyjnymi. Nie mogę w żaden sposób zmienić tego mylnego wrażenia. Po tym, jak na Sri Lance o włos uniknąłem śmierci, stwierdziłem, że życie jest zbyt cenne, by je marnować na negatywne emocje.

Dziś SRK ma wszystko – sukces, sławę, rodzinę, pieniądze. Czego jeszcze pragnie?

Szczerze – wszystko, czego chcę, to móc powiedzieć „dziękuję” milionom ludzi, którzy wybrali właśnie mnie, żebym mieszkał w ich sercach. Tej nocy, kiedy po koszmarze wróciłem do domu, przed moim domem stał ogromny tłum ludzi, którzy chcieli się tylko przekonać, czy jestem bezpieczny. Byłem poruszony do głębi. To, co się stało, nie stało się z mojej winy, ale czuję się odpowiedzialny,. Jestem wdzięczny, że wyszedłem z tego nietknięty, ale cierpię po tych, którzy stracili życie. Nie powinno się stać, to co się stało!


Tłumaczenie: Mowilka

© Tekst chroniony prawem autorskim.
    Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
    Więcej informacji w dziale "strona"