w skrócie

autobiografia

wywiady

artykuły

przemówienia

o filmach

Still Reading Khan

mapa wspomnień

co lubi SRK ?

nagrody

inni o SRK

 

Wywiad na temat filmu „My Name Is Khan"

Wywiad dla The Economic Times, 30 stycznia 2010r.
Autor: Nandini Raghavendra


Egzotyczna czarna kawa, długa rozmowa w bibliotece w aneksie Mannatu, zachodzące słońce w tle. Czy można chcieć więcej od Shah Rukha Khana?
SRK o swoim nowym filmie…

To pierwszy film produkowany wspólnie przez Red Chillies i Dharma Productions. Czy jest jakiś szczególny powód?

„My Name Is Khan” jest kosztowny – Karan rzeczywiście nie robi tanich filmów. Są dwa powody, dla których połączyliśmy siły. Po pierwsze – jestem zdania, że kiedy robi się film, powinno się unikać przedsprzedaży go, szczególnie, jeśli jest mały. Po drugie – nie chciałem, by Karan brał kredyt na kręcenie go, a także chciałem posiadać (nawet w pięćdziesięciu procentach) film, który jest zatytułowany „My Name Is Khan”! Produkcja taka jak „Om Shanti Om” może znaleźć się w przedsprzedaży, jako że to typowo komercyjny obraz. Ale przy filmach takich jak „Chak De! India” czy „My Name Is Khan” potrzeba swobody, wolnej ręki, żeby nie trzeba było zaprzątać sobie głowy aspektami komercyjnymi.

Czy w takim razie to wykonalny plan?

„My Name Is Khan” to najdroższy film, jaki zrobiliśmy z Karanem. Podczas dziewięćdziesięciu dni zdjęciowych w USA kręciliśmy zgodnie z obowiązującymi tam regułami związków zawodowych, co uczyniło film co najmniej dwadzieścia czy dwadzieścia pięć procent droższym. Dodać do tego należy jakieś pięć do dziesięciu dokumentacji obiektów zdjęciowych, zanim w końcu zaczęliśmy dziewięćdziesięciodniowe kręcenie, i już wiadomo, jak wysokie mogą być koszta. W tym punkcie, z komercyjnego punktu widzenia to oczywiście nie jest za bardzo użyteczny film dla aktora, reżysera i aktora będącego producentem, ponieważ nie wliczyliśmy naszych honorariów, gdyż stałby się zbyt drogi. Więc zrobiliśmy go po prostu za pieniądze, które zapłacił nam Fox Star. Ale to nasz film i jest szczególny.

Fantastyczny scenarzysta „Iron Mana”, Hawk Ostby, powiedział mi: „Niektóre rzeczy robisz z powodów biznesowych, niektóre z miłości”; ten film powstał z miłości. Jakkolwiek nie sądzę, by box-office naprawdę był problemem. Będzie miał dobre otwarcie, ponieważ to film, który spodoba się zarówno klasie średniej – jak nazywamy publiczność z multipleksów – jak i publiczności z mniejszych kin – ale nie z różnych powodów.

Oczywiście można także zawsze udzielić wybitnie biznesowej odpowiedzi.
Mnie i Karanowi powiodło się w biznesie, ponieważ najpoważniejsze interesy są prowadzone w jak najprostszy sposób. Nigdy tak wiele nie podróżowałem przy okazji filmu – w ciągu dwóch następnych dni jadę do Indore i Lucknow (pomyłka SRK albo dziennikarki – chodzi o Ahmedabad i Indore, do Lucknow aktor pojedzie w lutym – przypis tłumacza). Miałem takie spotkania w wielkich miastach, ale w tym obrazie zawarty jest element muzułmański, więc chcę pojechać w głąb kraju i powiedzieć muzułmanom, by przyjrzeli się temu, co jest w nim związane z islamem. Chcę, by przesłanie filmu dotarło do jak najszerszej publiczności.

Jestem szczerze przekonany, że kiedy biznes okazuje się sukcesem, to w dziewięćdziesięciu procentach takich przypadków wynika to z pasji – niezależnie od tego, ile osób gniecie się w salach posiedzeń, zastanawiając się nad ideami i marketingiem; to pomysł jest podstawą. Więc – bez obaw. Kiedy kręcenie filmu jest tylko biznesem, zarobi się na nim pieniądze, ale nie spowoduje on oszołomienia umysłu, nie przekroczy żadnych granic. Taka decyzja wynika z pasji, ale trzeba także mieć smykałkę do biznesu.

Czy według Ciebie wysokie koszta były usprawiedliwione?

Absolutnie. Jako że „My Name Is Khan” jest w dużej mierze filmem drogi, koniecznością było, żeby był wizualnie interesujący; lub zwyczajnie potrzebowaliśmy autobusu jadącego gdzieś tam. Także pod względem skali ten film jest bardzo odmienny od tych, które Karan zrobił dotychczas. Nie ma ogromnych dekoracji, nie ma tancerzy, to nie jest melodramat z setkami bogatych kostiumów, a po prostu historia jednego człowieka, który podróżuje po kontynencie.
Tak więc według Karana to wszystko było potrzebne w filmie - zdjęcia z helikoptera, zdjęcia w plenerze czy jazda na rowerze. Oczywiście były chwile, kiedy mówiłem Karanowi, że moglibyśmy zrobić mnóstwo tego, co zrobiliśmy, przy pomocy efektów specjalnych, a to przyczyniłoby się do zmniejszenia kosztów, ale Karan nie jest zwolennikiem czegoś takiego. Bardziej lubi kręcić w rzeczywistych planach. Jednak rad jestem, że Dharma i Red Chillies robią „My Name Is Khan” wspólnie.

Po twojej stronie jest potęga molocha Fox Star, Fox Searchlight i Fox, który pokaże film aż w sześćdziesięciu pięciu krajach; wiele spośród nich to nowe rynki, a wiele daje możliwości, ponieważ masz tam fanów. Jak to pomaga?

Mamy cichą nadzieję – Kajol, Karan i ja – że potrafimy zdobyć przynajmniej dwa nowe rynki i przekształcić je w takie, na których będą sprzedawane nasze filmy. Tak, oczywiście mamy premierę w Abu Dhabi, gdzie, jak wierzę, mamy trochę fanów, tak samo jak w Berlinie, gdzie zaprezentujemy się na festiwalu filmowym; a w Niemczech będzie jakieś 50 kopii filmu!
Na tym etapie pragnę jedynie zapewnić, że są trzy rzeczy, których nigdy nie pokazałbym w nieodpowiedni sposób – to ukazanie kalectwa w lekceważący sposób (byłem nieostrożny raz, w „Baadshahu”, gdzie w komicznym stylu zagrałem niewidomego, i, patrząc wstecz, uważam, że było to absolutnie niestosowne), religia, nigdy także nie używam w filmie wulgarnego języka.

Jak przekonywające jest przesłanie filmu?

Są dwa przesłania. Pierwsze – że nie musisz być nadzwyczajny, by robić zadziwiające rzeczy. W rzeczy samej możesz być nawet mniej niż zwyczajny. Jak w przypadku „My Name Is Khan”, ponieważ bohater dotknięty jest zaburzeniem – syndromem Aspergera. I nie musisz robić wielkich rzeczy, by stać się wielkim. Po prostu – bądź wierny pierwotnemu założeniu, a to, co objawi się na końcu, będzie wielkie.
I drugie – myślę, że to zagadnienie, które ma związek z islamem na świecie. To problem wizerunku – nie chodzi o to, czy islam jest błędny, czy nie, zły czy dobry. Myślę, że tak się dzieje, ponieważ wielu muzułmanów nie tłumaczy, jaka jest ich religia – więc istnieje potrzeba takiego przesłania.
Nie mogę potępiać nikogo za coś, co robi, nie rozumiejąc, dlaczego to robi. Więc muszę wyjaśnić ludziom, że to błędne wrażenie, które odnosi się z powodu pewnych agresywnych działań niewielkiej grupy ludzi, którzy akurat są muzułmanami, i że to nie jest to, co nakazuje islam. Przesłaniem islamu jest to, że ludzie są albo dobrzy, albo źli. To takie proste. Jeśli przeczyta się Koran, wie się, co jest czym, i dostrzeże się to także w innych religiach; a mylnie tłumaczone fragmenty, jak dżihad i kilka innych źle interpretowanych terminów, powinny zostać wyjaśnione w łatwy i prosty sposób.
To nie jest film mający budować wizerunek islamu, ale w przesłaniu jest mowa o tym, że islam reprezentuje dobro i człowieczeństwo; a całość opakowana jest niezmienną wiarą Karana Johara w to, że miłość zwycięży wszystko. Jak mówi Karan: „Jeśli patrzysz z daleka, widzisz delikatną historię miłosną z przeszkodami. Jeśli przyjrzysz się dokładniej, uświadamiasz sobie, że są tu warstwy – islam, autyzm, kalectwo, ledwie uchwytna dyskryminacja rasowa…”.


Tłumaczenie: GosiaJG

© Tekst chroniony prawem autorskim.
    Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
    Więcej informacji w dziale "strona"