w skrócie

autobiografia

wywiady

artykuły

przemówienia

o filmach

Still Reading Khan

mapa wspomnień

co lubi SRK ?

nagrody

inni o SRK

 

Wywiad z Filmfare’a, lipiec 2006 roku

Autor: Jitesh Pillai


„Kabhi Alvida Na Kehna”. To jego nowy film i być może punkt zwrotny dla jego kariery w showbiznesie.

Jest jak dżinn z butelki. Wyjmij tylko korek, a się objawia. Przybywa mu wzrostu i staje się większy niż życie. W każdej dosłownie minucie jest znakomitym showmanem.
Dla różnych ludzi ma różne oblicza. Femina pyta o niego kobiety na topie, dziennikarz Economic Time wydobywa suche liczby i obliczenia. A reporter Filmfare'a relacjonuje akcję na żywo w stylu Shah Rukha Khana. Gra przesadnie dla pierwszych rzędów, udziela setek wywiadów, a każdy dziennikarzyna wart, żeby go potraktować arszenikiem, uważa, że uchwycił istotę. I każdy wraca do domu zadowolony, że po raz kolejny wykiwał konkurencję.
A wszystko to w przeciągu jednego dnia pracy.
Jego przeciwnicy nazywają go kiepskim graczem, schematycznym Macchiavellim i jeszcze gorzej. Ale obserwując od dwunastu lat innych aktorów w branży, jestem przekonany, że Shah Rukh nie stracił jeszcze mlecznych zębów w takim stopniu, jak ci kombinujący na wszystkie strony matacze. Widziałem innych żółtodziobów w akcji. I zapewniam was, że gwiazdy z trzyletnim stażem w branży zawstydziłyby samego Rasputina!
W chwili obecnej Shah Rukh jest jedną z najjaśniejszych komet na niebie showbiznesu. Jego filmy zarobiły tysiące crore’ów tylko w samych Indiach! Wszystko, czego dotknie, zamienia się w platynę. Trudno się dziwić, że to ci, którzy z nim nie pracują, zmieniają się w zgorzkniałych graczy z ławki rezerwowej. Choćby ostatnio te naprawdę idiotyczne, niesłychanie ostre oświadczenia Rama Gopala Varmy rozpowszechniane w brukowcach przez jego lizusowską dziennikarską koterię. Ewidentnie tracimy klasę, kiedy umyka nam sprzed nosa coś naprawdę dobrego, co Ramu-ji? Każdy wie, jak to smakuje.
Ale zostawmy dygresje. To jest Shah Rukh Khan, dowódca symulatora. Czy to jako Raj Malhotra w „Dilwale Dulhania Le Jayenge”, czy Dev Saran w oczekiwanej wkrótce premierze „Kabhi Alvida Naa Kehna”, naciska właściwe guziki, przestawia te, które trzeba dźwignie. Potrafi śmiać się, płakać, kochać tak, jak niewielu innych aktorów. Tylko on sprawi, że uwierzysz, że człowiek chory na serce może przebiec Nowy Jork w kilka minut, przekona cię, że może zelektryfikować wioskę, która nigdy nie miała prądu (miała! Tylko go często odcinali! – przypisek tłumacza). I może też przekonać kobietę, żeby postąpiła wbrew woli rodziny, ale jeśli ona z nim zadrze – zrzuci ją z dachu. Nie zadziera się z dżinnem.
Właśnie teraz śmiga po Malezji i Indiach. Po niewielkim postoju ten wędrowny aktor rusza do Londynu na miesięczne wakacje. W środku tego całego zamętu przyłapuję go na dwudziestominutową pogawędkę.

Tyle w tym roku podróżujesz, że chyba już jesteś aktorem NRI.

Nie, nie NRI. Jestem aktorem zagranicznym. Wszystkie moje filmy tam rządzą. Ale żarty na bok. Jeżdżę w związku z „Kabhi Alvida Naa Kehna” i koncertami (śmiech). Powiedziałem Karanowi, że jeśli następny film znowu będzie kręcił w Ameryce lub w Londynie, to już na pewno w nim nie zagram.

Popraw mnie jeśli się mylę, ale „Kabhi Alvida Naa Kehna” jest bardzo nietypowym filmem dla Karana Johara. W każdym razie wydaje się być mniej cukierkowy.

Ja nie wiem, czy to słuszne, nazywać filmy Karana cukierkowymi. Jego filmy mówią o uczuciach, a uczucia nie są słodkie. Może masz na myśli to, że otoczka jest większa niż życie. „Cukierkowy” jest określeniem lekko lekceważącym, tak jak Bollywood.

Poważny film o romansie pozamałżeńskim to nie jest terytorium Karana. Chodzą plotki, że widać w nim wyraźne wpływy takich filmów jak „Silsila”.

„Kabhi Alvida Naa Kehna” jest moim zdaniem śmiałym filmem. Nie chodzi mi o taką śmiałość, jak w filmach gangsterskich czy o prostytutkach. To ani nie „Silsila” ani „Kabhi Kabhie”. Film wynosi także Karana – reżysera na wyższy poziom. Pokazuje spory poziom jego dojrzałości. Moim zdaniem w filmie widać, że jest on teraz lepszym człowiekiem. Może to dlatego, że po śmierci ojca został panem domu, głową rodziny. W „KANK” widać to poczucie odpowiedzialności. Gdyby film nakręcono za 4 crore rupii, nazwano by go „normalnym”. Ale ponieważ jest niezwykle wystawny i ogromnie kosztowny, ma piosenki itd., wszyscy mówią, że jest większy niż życie. Nie narzekamy na to.

Zgadzasz się z wymową moralną filmu? Szczególnie w kwestii niewierności...

„KANK” jest filmem o ludziach niedoskonałych. Zwykle bohaterów pokazuje się albo jako wzory cnót, albo jako diabolicznych gangsterów. Ale mój bohater, Dev Saran, jest niedoskonały i ma wiele upadków. Jest w końcu istotą ludzką. Pokolenie mojego syna albo młodsze ode mnie może osądzi go odmiennie, jako kogoś z innej generacji. Ale „KANK” nie jest filmem osądzającym. Jeśli go obejrzysz z punktu widzenia każdego z bohaterów, otrzymasz kompletnie inne ujęcie. To tak, jakby obejrzeć „Sholay” z punktu widzenia Gabbara Singha.

Żałujesz, że nie pracujesz z Kajol?

A cóż to za pytanie z brukowców? Czemu nie spytasz Kajol, czy żałowała, ze nie pracuje ze mną w „Fanaa”? Tak, brakowało mi Kajol jako przyjaciółki.

Okay, jak się więc pracowało z Rani Mukherji i Preity Zintą? Już z nimi kręciłeś wcześniej filmy.

Ryzykuję, że to zabrzmi okropnie protekcjonalnie, ale jestem z nich obu ogromnie dumny. Rani jest zachwycająca, naprawdę rozkwitła jako aktorka. Popatrz, jak dodała blasku moim filmom, jak choćby „Chalte Chalte”. Jako aktorka, dzięki „KANK” na pewno osiągnie nowy poziom. Preity jest też niesamowita. Popatrz tylko, wygląda prześlicznie. Przywykłem do pracy z Rani i Preity. Zawsze, kiedy wychodzę z domu na zdjęcia, mam nadzieję, że przypadnie mi dzień z którąś z tych dziewczyn.

Jaka jest twoja opinia o „Fanaa” i sprawie Narmady? Czy określone wpływowe partie polityczne kontrolują ostateczny kształt artystyczny filmu?
(Nie mam pojęcia, o co chodzi - przypisek tłumaczki)

Zamiast wciągać się w debatę polityczną powiem, że nie było mnie w kraju dostatecznie długo i nie mam pojęcia, o co chodzi. Ale kiedy przerzucam kanały telewizyjne, czuję się lekko zdenerwowany. Cóż mogę powiedzieć – żyjemy w państwie demokratycznym. Aktor nie powinien być osądzany za jego poglądy osobiste. Jaki związek ma czyjaś osobista ideologia z jakością jego filmu? Możesz podzielać lub nie podzielać mojego punktu widzenia, ale czemu zakazywać moich filmów tylko dlatego, że mam nieprawomyślne poglądy? Zgodnie z tą logiką rząd powinien także kontrolować każdą dobrą działalność, którą wykonujemy prywatnie. Ja mam udział w wielu instytucjach charytatywnych i nakręciłem za darmo wiele programów na rzecz różnych akcji społecznych. Preity Zinta sprzątała Mumbaj. Czy za jej pożyteczną działalność dali jej filmom rangę „wolny od podatków”? Czy moje filmy dostają rządowe substytucje? Aktorzy filmowi to dostarczyciele rozrywki. Zbliżamy ludzi do siebie. Nie jesteśmy po to, żeby wzniecać zamieszki i rozprzestrzeniać złą wolę. Jeśli tak działa jakaś frakcja, która jest szczęśliwa, że zakazuje naszych filmów, niech i tak będzie. Nie będę tego oprotestowywał.
Ci, którzy kochają moje filmy i mnie, kupią DVD i film obejrzą w domu. Czemu osobiste poglądy aktorów czy ich sposób życia ma mieć jakikolwiek wpływ na moralność całego kraju? Nie jesteśmy żadnymi reprezentantami zbiorowego systemu wartości. Większość z nas nie zabiega o posady polityczne. Ludzie nie głosują na nas z racji na naszą potęgę. Jesteśmy tylko aktorami, zwykłymi ludźmi, ze swoimi wzlotami i upadkami. Nie dajcie sobie wmówić, ze jesteśmy nadludźmi. Na świecie jest pełno różnych typów, trzeba z tym żyć.

No ładnie. A co w takim razie z twoją domniemaną wojną z Bachchanami?

To gadanie to już zupełne wariactwo. Głupio mi nawet wyjaśniać taką kwestię. Amitabh Bachchan to ktoś, na kim wyrosłem. Kiedy byłem nastolatkiem, naśladowałem jego fryzurę, używałem tych samych perfum. A teraz szczują mnie na niego. Co mogę na to odpowiedzieć? Jestem zaszczycony. Od kiedy zacząłem grać w filmach, już ustawiano mnie przeciw Aamirowi, Salmanowi, Akshayowi Kumarowi. A co, byłem nawet ustawiany przeciwko Sharadowi Kapoorowi i Mukulowi Devowi. Potem był Hrithik Roshan i Abhishek Bachchan. To wspaniałe uczucie. Choć są ode mnie sporo młodsi, Duggu i Abhishek to moi przyjaciele, którzy wpadają do mnie do domu. Na początku, kiedy pojawiły się takie głupie historie, było to niezręczne.
W trakcie nowojorskich dni zdjęciowych do „KANK” Amitji i ja każdego wieczoru po zdjęciach siadywaliśmy i gawędziliśmy godzinami. Kiedy Abhishek wyjechał na trzy dni do Indii na ślub przyjaciela, bardzo za nim tęskniłem. Nawet opowiadać o tym jest mi niezręcznie. Bachchanowie są dla nas jak rodzina. Cóż ja mam powiedzieć, skoro ludzie uparli się spekulować o wzajemnych stosunkach między nami?
„KANK” będzie pamiętnym filmem, bo Amitabh i Abhishek Bachchanowie dodali do niego swą niepowtarzalna magię.

Ostatnio Ram Gopal Varma wypuścił parę idiotycznych komentarzy na twój temat. Powiedział, że praca z tobą to jak powrót do szkoły.

Naprawdę nie będę komentował tego, co Ram Gopal Varma o mnie powiedział. Wszystko, co mam do powiedzenia, to to, że nie zamawiam sobie u pisarzy scenariuszy specjalnie dla siebie. Podobnie nie zamawiam sobie u reżyserów filmów specjalnie dla mnie. Ramu i jego scenarzyści byli jedynymi, którzy napisali scenariusz „Machiny czasu” i dali mi go do aprobaty. Nie wiem naprawdę, o co chodzi.
O co chodzi z tym powrotem do szkoły czy college'u? Proponował mi zagranie w kilku swoich filmach. Powtarza mi ciągle, że jego rodzina to moi fani, że jego córka chciałaby, żeby nakręcił ze mną jakiś superhit. Zachodził do mnie do domu, żeby pokazać mi świeżo nakręcone sceny ze wszystkich swoich filmów.
Dostaję naraz około dwanaście – trzynaście ofert, wybieram z nich dwie – trzy. Wiem, że to zabrzmi, jakbym się wywyższał, ale pozostałych dziesięć po prostu odrzucam. Ponieważ wciąż nie mogliśmy znaleźć najlepszego scenariusza ani dopasować naszych terminów, film Ramu był jednym z tych, które odrzuciłem. To była przemyślana decyzja. Pamiętam bardzo dokładanie mój sms do niego – „Opowiemy inną historię innym razem”.

To musi być dość schizofreniczne – radzić sobie z tyloma dziwnymi ludźmi, grać różne role, być różnym dla różnych ludzi. Czy to nie kończy się tak, że w końcu grasz przez cały czas, nawet w realnym życiu?

Na samym początku mojej kariery Mahesh Bhatt powiedział mi, że jestem schizofreniczny. Tak, może jestem różny dla różnych ludzi. Javed Akhtar mówi, ze mam rozdwojenie jaźni i nazywa mnie Shah Rukh 1 i Shah Rukh 2. Czasami, kiedy dzwoni do domu, pyta Gauri: „Jest Pierwszy czy Drugi?”. Zawsze zaprzeczam samemu sobie. Czasami, kiedy obejrzę jakiś film, Karan pyta Gauri, „Któremu się podobało?”, a Gauri odpowiada „Pierwszemu nie, ale Drugiemu bardzo”. Tak szczerze – gram przez cały czas, prócz chwil, kiedy jestem z dziećmi.

Ok, czy doskwiera ci presja robienia jednego po drugim przebojowego filmu?

Mówię szczerze, nie. Czuję ją tylko w stosunku do moich dzieci. Kiedy ostatnio powiedziałem Aryanowi, że mam na koncie parę flopów, był zszokowany. Nie mógł uwierzyć, że tatuś robił klapy. Uważa, że nie mogę zrobić czegoś nie tak. Był wściekły, kiedy „Paheli” nie dostał Oscara. Naprawdę uważał, że „Paheli” jest lepszy od „King Konga”. Wychowywałem go na wszechstronnego zdobywcę i, w tym sensie, jest on ostrym zawodnikiem. Mówię wciąż Gauri, żeby mu tłumaczyła, że jego tato nie jest Supermanem. Ostatnio zabroniłem mu wystawiać rękę przez okno, kiedy jedziemy samochodem. Powiedziałem, że skoro ja słucham, kiedy on do mnie mówi, to i on powinien słuchać mnie. Odpowiedział: „Nie, ty nie słuchasz. Nie wygrałeś dla mnie Oscara”. Po prostu mnie zabił. Niemożność dorośnięcia do oczekiwań Aryana mnie niszczy. Ale poza tym wszystko u mnie OK.

Ciągle lubisz grać, prawda?

Granie jest dla mnie duchowością, to jak jednoczenie się z Bogiem. Kiedy więc gram dobrze, oznacza to dobry dzień na modlitwie. Może przebywanie z moimi dziećmi wniesie znowu więcej niewinności w moją grę. Pomaga mi tez ono na nawiązanie kontaktu i dialogu z ludźmi młodszej generacji.
Mniej więcej 25-letni członkowie zespołu pracującego przy „Donie” Farhana Akhtara mieli pewnie po 10 – 15 lat, kiedy oglądali „Dilwale...” czy „Kuch Kuch...”. Na plan wkładają szorty i rozmawiają ze mną jeden na jednego. Zrozumiałem, że muszę przemodelować samego siebie, żeby nawiązać kontakt z tą nową, śmiałą generacją. Mają świeże pomysły i są bardzo cool w swoim pragnieniu lepszego świata. Mają własny zestaw wartości. Jako ojciec mogę trochę wychodzić z siebie i myśleć, że nie ma w nich za grosz respektu, ale wiem, że to dobre dzieciaki i świetnie sobie radzą ze swoimi karierami. Muszę mówić ich slangiem i muszę rozumieć, do czego dążą, bez protekcjonalności.

Czy masz jakieś słowo na koniec dla tej nowej generacji?

To jest naprawdę dziwne, to, jak obróciło się koło. Kiedy przyjechałem tu szesnaście lat temu, byłem uważany za aroganckiego, bezczelnego i lekceważącego autorytety. Jestem pewien, że Yashji (Chopra), Subhashji (Ghai) i Sarojji (Khan) musieli myśleć, że sława mi się rzuciła na mózg. I nagle mam przed sobą kompletnie nowe pokolenie, gotowe zdobywać świat, mające nowe idee. Postrzegam ich czasami jak młodsze wersje mnie samego. Chcę być także częścią tego nowego świata. Jeśli się spóźnię, nie zdążę na ten pociąg.


Pytacie, co ja o tym sądzę? Bez wątpienia Shah Rukh wciąż tu będzie, kiedy córka Farhana Akhtara postanowi zrobić następnego „Dona”. I znowu nagle przed nami wyrośnie. Jak dżinn z butelki.


Tłumaczenie: Mowilka

© Tekst chroniony prawem autorskim.
    Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
    Więcej informacji w dziale "strona"