w skrócie

autobiografia

wywiady

artykuły

przemówienia

o filmach

Still Reading Khan

mapa wspomnień

co lubi SRK ?

nagrody

inni o SRK

 

Znowu u Shah Rukha Khana. To raczej podstawowe, mój drogi!

Wywiad dla Filmfare'a, sierpień 1996
Tytuł oryginalny: 'Shah Rukh Khan Revisited. It's All Quite Elementary, My Dear!'
Autor: Jitesh Pillai


Mógłby szafę zapełnić swoimi wcieleniami. Może być przeciętnym Raju z sąsiedztwa, wyluzowanym kolesiem w lamborghini albo Bruce Lee skopującym brzuszyska groźnych przeciwników.
Aktor zaprzecza próbom krytyki, zaprawiając swe oszałamiające gwiazdorstwo szczyptą ironii. W przeciwieństwie współczesnych sobie, Shah Rukh nie waha się zrobić z siebie kompletnego głupka pod czujnym okiem kamery. I podstęp się udaje.
Być może za wcześnie ryzykować dywagacje, w jakim kierunku aktor się rozwinie. W tej chwili rzecz jasna jest super gorącym towarem. Ale nie mogę oprzeć się nadziei, że w następnych latach powędruje o wiele dalej poza kwintesencję „stylu-SRK.”
Kiedy przyciskam go pytając o to, czym jest czyste aktorstwo, kpi, „Ale ja jestem bardzo nieczystym aktorem.” Po wielu podchodach spotykamy się w jego mieszkaniu, głównie dzięki odwołanemu blokowi zdjęciowemu. Zanim jego umysł zwróci się w setki różnych kierunkach, pytam:

Czemu jesteś taki energetyczny przez cały czas?

Energetyczny? Czyżbym był oplątany przewodami i kablami elektrycznymi? Jeśli pytasz, czemu mam tyle energii, to pewnie przez te wszystkie pepsi, które piję przez cały czas. Jestem niezmordowany, mam tę nerwową energię, której daję upust w moich występach. Używam jej konstruktywnie. Jedni aktorzy zużywają energię, wychodząc na łowy późną nocą, inni wyciskają w siłowni, ja gram.

Po co przyjmujesz te ociekające krwią role, od „Baazigara” przez „Chaahat” po „Army”? Po co cały ten gniew?

Gniew jest najczystszą z emocji. Wszyscy ukrywamy nasze słabości, ale kiedy gniew opanowuje naszą psyche, wewnętrzne bariery pękają.
Lubię widok krwi, nie w prawdziwym życiu oczywiście. Jednak na ekranie ta czerwona lepkość jest wizualnie porażająca. Tylko cenzorzy nie podzielają moich sentymentów (śmiech). Jestem cholernie dobrym aktorem (żart słowny: I'm bloody good actor – przypisek Mowilka)

Czemu więc czasami staczasz się w overacting?

Myślę, że nie ma czegoś takiego jak overacting. Ale tak, czasami jestem winien przesady. Nadal jednak uważam, że to wszystko sprawa względna. To, co jedni uważają za overacting, dla innych jest wciąż subtelne. Pomijając wszystko inne, nasz sposób bycia jest stosunkowo głośny. Porównaj śluby, narodziny, pogrzeby i święta za granicą do naszych uroczystości. Tutaj bijemy się w piersi i wpadamy w histerię na pogrzebach, a w Ameryce ludzie w żałobie zakładają czarne stroje i mówią przyciszonymi głosami.

Czemu typowy bohater musi tańczyć i śpiewać, nawet jeśli w filmie jest głupkowatym policjantem albo politykiem?

Ty mi to powiedz! A popatrz na nasze teksty i dialogi. Jeśli Tom Cruise gra wampira, to używa słów i wyrażeń podkreślających charakter postaci. Kręciłem filmy, w których miałem grać wymuskanego bohatera w stylu absolwenta Harvardu, ale kiedy tłukłem złoczyńców, używałem przekleństw jak „haramaazade, kutte, kameene”.

Daj spokój, czemu obwiniasz tylko złe dialogi i scenariusze? Aktorzy też boją się eksperymentować.

Kiedy kręciłem „Baazigara” i „Darr”, wszyscy mówili, że to ryzykowny eksperyment. Ja tak wcale nie uważam. Problem w tym, że wszyscy wolą grać bezpieczne role.
Kiedy grałem pewne ujęcia z „Baazigara”, ekipa nie wiedziała, jak ma zareagować. A dziś kręcę scenę konfrontacji ojca z synem i wszyscy klaszczą – ewidentnie dlatego, że do takich scen są przyzwyczajeni. A aktor, reżyser też – są sparaliżowani, gdy nie słyszą oklasków. Boimy się wprowadzać nowe standardy, sami utrwalamy formułę. Stare jest sprawdzone, nowe – niepewne. Nawet najbardziej oświeceni ludzie w Indiach boją się czarnego kota przebiegającego im drogę. Żaden z modnych filmowców nie odważy się pokazać w filmie sceny rozsypywania się soli, bo to zły omen.

No, dalej, słucham cię...

Gdybym miał płakać tak, jak to robią w Hollywood – tak subtelnie – scena pozostałaby niezauważona dla większości widzów. Nie będzie oklasków, a ja mogę czuć się niepewnie. Miałbym poczucie, że gram bardzo źle.

Czy takie ograniczenia nie są frustrujące?

Bardzo. I jest jeszcze ten nonsens pod nazwą „status gwiazdy”. Chcę grać inaczej, ale producent podpisuje ze mną kontrakt, a dla mojej sprzedawalności jest kluczową sprawą, żebym powtórzył to, co robiłem ostatnio.
Kiedy podpisuje się kontrakt z dobrze sprzedającą się gwiazdą, cała koncepcja zrobienia filmu innego niż dotychczas gubi się między jego wierszami. To sytuacja jak z „Paragrafu 22”. W końcu nie powinienem winić także producenta, bo płaci mi bezwstydnie dużo. Biorąc więc to wszystko pod uwagę, naprawdę szanuję Kalpanę Lajmi, że nie zaangażowała mnie do swojego filmu („Darmyiaan”).

Każdy reżyser chce, żebyś w kolejnych filmach grał Shah Rukha?

Tak. A autor dialogów przychodzi i mówi, że pisze „four or five lambe lambe dialogue, jaise app bolte hain”. Ponieważ w „Ram Jaane” mówiłem dziesięć linijek na jednym wdechu, każdy chce, żebym powtarzał ten wyczyn. Nasz system nigdy się nie zmieni. Ryzykuj, a staniesz się czasem przeszłym. Panu Bachchanowi też nie pozwalano na eksperymenty, co dopiero mnie. Mam jedynie pokorną prośbę do autorów dialogów: pozwólcie mi mówić zgodnie z charakterem postaci. Czemu każda z nich mówi tak jak ja? Wypróbujcie mnie, sprawdźcie, czy sprostam wyzwaniu. Jak to jest, że moja rola w „Dilwale Dulhania Le Jayenge” jest uważana za najlepszą w ciągu całych pięciu lat moich występów? To dlatego, że mogłem zagrać Raja trochę inaczej.

Być może reżyserzy nie wierzą w twoją inteligencję.

Raczej nie doceniają własnej.

A czy to nie jest twoje zadanie w takim razie? Widziałem, jak przemycałeś własne pomysły na planach najbardziej renomowanych reżyserów.

Dokładnie. Obowiązek zostaje zepchnięty na mnie. Może powinienem kręcić własne filmy, żebym nie musiał opowiadać się nikomu. Bo tutaj każdy ma obsesję aplauzu. Mówię czasami: musisz robić to, do czego ty jesteś przekonany. Lein meri jahan koi sunta hi nahin (śmiech). Nawet ty przejeżdżasz po mnie walcem drogowym... czy mogę się ośmielić i poprosić cię o przełożenie tego wywiadu do jutra?
Kiedy eksperyment się nie powiedzie, jest naprawdę tragicznie. Niezależnie od tego, jak został przyjęty „Prem Granth”, chciałbym nadal oglądać Rajiva Kapoora w filmach, w jakie wierzy. Chciałbym widzieć współczesne mi: Madhuri Dixit, Kajol, Juhi Chawlę, dostające role, jakich wcześniej nigdy nie zagrały. Dlaczego bohaterka musi zakładać ghaghra choli i nosić matka na głowie? Albo, ubrana w czarną suknię, musi dosiadać zmizerowanego konia? Nawet ja nie mogę się uwolnić od rutyny. Elementem decydującym jest to, że film musi się sprzedać. Dobry film to hit. „Baazigar” i „Karan Arjun” wypaliły nie dzięki mnie, ale dlatego, że były dobrymi filmami. „Anjaam” nie odniósł sukcesu, bo nie był dobrym filmem... choć nie z winy Rahula Rawaila. Trzeba być bardzo krytycznym w stosunku do filmu, który się robi. Nie wolno go traktować jak własnego najdroższego dziecka. Trzeba korygować wszystkie błędy. Może wreszcie zrobię coś dobrego dla samego siebie, kiedy zacznę robić własne filmy.

Mówiłeś o Hollywood. Czujesz się zazdrosny o klasę ról, jakie tam proponuje się aktorom?

Jestem bardzo zazdrosny. Popatrz, Tom Cruise zagrał poważne role w „Urodzonym czwartego lipca” i „Rain Manie”, a jednocześnie może kręcić lekkie filmy, jak „Top Gun” czy „Koktail”. A Brad Pitt? Zdawało mi się, że to kompletny pacan... śliczny koleś z seksownymi ustami i fantastyczną budową kości. A potem zobaczyłem „Dwanaście małp”. To jest rola najwyższej światowej klasy. Gra kompletnie szalonego faceta, był nominowany do Oscara za rolę drugoplanową. I nie wygrał. Wyobraź sobie, jaka tam musi być konkurencja!
Brat Pitt był lepszy nawet niż Jack Nicholson w „Locie nad kukułczym gniazdem”. Przywykłem myśleć o nim jak o Ciachu Miesiąca, symbolu seksu. A tu nagle to! Miał odwagę zagrać drugie skrzypce w popisie Bruce'a Willisa i ukradł mu przedstawienie, ot tak. To dopiero klasa.
Ja nie mam urozmaiconego wyboru ról. Czym są moje role w porównaniu z „Lotem ....” Nicholsona, albo „Listonosz zawsze dzwoni dwa razy”, „Honorem Prizzich”, „Batmanem”.
Nawet pan Amitabh Bachchan nie wykorzystuje w pełni swojego talentu. Jeśli mówimy o klasie Amitji, myślimy o „Saat Hindustani”, „Saudagar”, „Abhimaan”, „Chupke Chupke”, „Namak Halpal”, „Deewar” i wielu późniejszych filmach. Mamy aktorów na światowym poziomie, jak Naseeruddin Shah czy Kamal Hassan... ale nie są oni w pełni wykorzystani. Nie chcę, żeby wyglądało, że zadzieram nosa, ale naprawdę tak uważam jako widz oglądający ich filmy. Aamir Khan próbował zagrać rolę bardziej „fizyczną” w „Baazi”, ale nie odniósł sukcesu. Kiedy to samo zrobił De Niro na potrzeby „Wściekłego byka”, mówimy o jego wyczynie z podziwem do dziś. Gdyby „Baazi” był sukcesem kasowym, wszyscy wzdychaliby: „Aamir ne kya dhansookiya naa body-wody, fight-wight”. Zgodnie z moją logiką to nie był dobry film i dlatego nie „zaskoczył”. Ale Aamir przynajmniej próbował i to się liczy.

Czyżbyś uważał, że szczególnie Amitabh Bachchan nie mógł podjąć ryzyka z powodu nacisków rynkowych?

Tak, w całej rozciągłości. Ostatnio siedziałem z panem Bachchanem i to on mi powiedział, żebym nie pozwolił filmowcom, na dyktowanie mi, co mam robić, żeby podtrzymać wykreowaną osobowość „Shah Rukh Khana”. Mówił mi, że jego reżyserzy kazali mu grać Amitabha Bachchana aż do mdłości. Ale on jest znakomitym aktorem i jego frustracji nigdy nie dało się odczuć na ekranie. Był wiarygodny nawet w najbardziej idiotycznych rolach, nawet kiedy wykonywał absurdalny break dance w skórzanych spodniach w „Gungaa Jamuna Saraswathi”. To, co robił w filmach, było na 100 procent jego własnym wkładem. Nikt inny nie może sobie przypisać zasługi budowania stylu Bachchana.
A Jayaji (Bachchan) powiedziała mi: „Nie pozwól, żeby reżyserzy narzucili ci śpiewanie, tańczenie, płacz w każdym filmie. To będzie koniec. Nie rób „Mere angne mein... Tere paas doulat hain, mere paas maa hai...” lub „Rishte mein hum tumhare baap lagte hain...” w tym samym filmie. Twórz postaci”.

Co sądzisz o Anilu Kapoorze? Od czasu do czasu on próbował się wyłamać.

Taaak, on miał odwagę być nonkonformistą, nawet wtedy, gdy odnosił wielkie sukcesy. Jego mądre posunięcia zaprocentują na dłuższą metę. Czy wiesz, czemu pewni ludzie wciąż się z niego naśmiewają? Bo on próbuje poznać niezbadane terytoria. Pewnie wielcy bossowie w branży śmiali się, kiedy po raz pierwszy zobaczyli człowieka na księżycu. Jeśli mogę to osądzać, to Sanjeev Kumar wyprzedzał swoje czasy. Był takim pewnym siebie, godnym zaufania aktorem. Zapewniał widowni doskonałą zabawę. Mimo swojej wagi nakręcił „Thande Thande pani paani mein nahana chahyie” („Pani Patni Aur Wah”), ubrany tylko w bieliznę. Ciuchy i ubiór były dla niego sprawą drugorzędną.
Jestem też fanem Rishiego Kapoora. Kiedy zobaczyłem go w „Hum Aapke Kum Nahin” i „Zaamane Ko Dikhana Hai”, byłem oczarowany jego energią.

Jak bardzo jesteś pewny siebie?

Jestem pewien swojej energii, nie występów. Czuję się niepewnie, kiedy nie proszą mnie o powtórki. Nigdy nie jestem zadowolony. Boję się rzucanych lekko słów o „aktorstwie wyższym”, teatralnym. Aktorzy „teatralni” przestają się rozwijać. Ich ekspresja jest wystylizowana, czasami ledwie słyszysz, co mówią.

Czy reżyserzy ośmielają się ciebie korygować?

Mogą mnie nawet kopnąć, jeśli chcą – ale jakoś nikt nie śmie. Wczoraj kręciłem skomplikowany numer taneczny i wszyscy wydawali się mówić: „Doskonale!”. Byłem zły, bo wiedziałem, że nie zrobiłem tego dobrze. Wreszcie jeden z tancerzy, który widział już dość zmieniających się gwiazd, powiedział mi: „Jab tak aap star hain, sab chalta hai”.
Naprawdę, nie powinienem kręcić pięciu filmów jednocześnie. Większość gwiazd jest tak zapracowana, że wydaje im się, że robią zaszczyt reżyserowi, pojawiając się na planie. A tu przeciwnie, potrzebne jest nastawienie „pracuj-albo-giń”. W „Karan Arjun” Rakesh Roshan, Bhiku Varma i Salman Khan pracowali, jakby ich życie zależało od tego filmu. Dlatego był tak wielkim sukcesem.

A Ty zawsze pracujesz wystarczająco ciężko?

Możesz to przyjąć za pewnik. Ostatnio w jakimś magazynie napisali, że nie wyglądam na człowieka, którego życie szczególnie doświadczyło, że nie mam na czole zmarszczek , które są oznaką ciężkich zmagań. Cóż, pojęcie tego dziennikarzyny na temat istoty aktorstwa jest co najmniej zastanawiające. Nie mam zamiaru przepraszać za to, że nie urodziłem się w nędzy i że teraz mam wszelkie wygody, nie byłem ofiarą Podziału, nie sypiałem na platformach kolejowych. Wszystko to oczywiście wygląda znakomicie w życiorysie aktora. Moje zmagania były inne. Nonsensem jest mówić, że wszystko dostałem podane na tacy. Pracowałem bardzo, bardzo ciężko.

Czym jest aktorstwo a la Shah Rukh Khan?

Moim zdaniem aktorstwo to jest to, na ile nie lubisz samego siebie. To to, że chcesz być ciągle kim innym, Supermanem, Batmanem, Rahulem czy Rajem. To pozory, że aktorzy nie patrzą dalej niż koniec własnego nosa. Oni patrzą w lustro 85.000 razy dziennie z prostego powodu: żeby siebie samych upewnić, że istnieją. Gdyby robił tak ktoś inny, mówilibyśmy, ze jest próżny (śmiech). Żeby być gwiazdą, musisz kochać siebie samego. Żeby być aktorem, musisz się nie znosić.

Jak więc unikasz próżności?

Będąc kompletnie świadomym, że jestem yuppie, businessmanem, tworem dzisiejszych czasów. Ważne jest dla mnie wygrywanie. Jeśli muszę trochę skłamać, przejść po innych... niezbyt ciężko, nie tak, żeby się już nie podnieśli... mogę to zrobić. Nie jest ważne nadążanie za Jonesami, sam muszę być Jonesem.
Pamiętam, jak wujek Salim (Khan, ojciec Salmana – przypisek Mowilka) mówił, że jego największą ambicją jest kupienie Mercedesa Benza. Ale to na pewno nie jest już ambicja Salmana. To mam na myśli, mówiąc o zmaganiach. Każdy z nas ma własne aspiracje i niepokoje. Gdybym miał wyprzedzić kogoś wspinającego się na górę, nie spychałbym go w dół. To miałoby fatalne skutki. Powiedziałbym mu, że spodnie mu pękły, a gdyby odwrócił głowę, żeby to sprawdzić, śmignąłbym do przodu. Na skali stupunktowej chcę osiągnąć 51 punktów, nie 70. Kiedy będę po raz ostatni rozmawiał z Bogiem, powie mi, że nie jest pewien, czy zdałem. Sprężę się wtedy, zdam poprawkę i wejdę do nieba.

Wracając do dzisiejszego kina, czy nie mamy w nim w tej chwili etapu szampańskiej zabawy?

Dawno temu, przed erą popcornu i batoników, oglądało się dobro tryumfujące nad złem, kołysząc się jednocześnie do piosenek takich jak „Aadha hai chandrama”, i podziwiało nieprawdopodobny przepych „Mughal-E-Azam”. Dziś publiczność szybko krzyczy, że czuje się oszukana. „Nie po to płacę 100 rupii, żeby oglądać bohatera w żółtych portkach”. Amerykanie starają się na nowo przywołać staroświecki czar. Robią więc filmy, jak „Spacer w chmurach” czy „Francuski pocałunek”. Dziesięć lat temu używano obfitości gadżetów i efektów specjalnych. Powstał „Obcy” i „Kosiarz umysłów”. Ameryka stała się skomputeryzowana, napędzana wysoką technologią, futurystyczna, sterowana głosem. Tylko wrzuć monetę i – presto! - wyskakuje kawa! Dlatego film taki, jak „Richie Rich”, w którym dzieci oglądają telewizję w odbiornikach na nadgarstkach, nikogo tam nie zadziwia. Oni już to wszystko widzieli. Ale dla dzieci indyjskich „Richie Rich” to wciąż marzenie. Każdy chciałby, żeby jego mama była obwieszona diamentami, chciałby mieć szofera jak Boscambe i lokaja jak Cadbury. Jak my chcielibyśmy spełnienia takich marzeń!

Czy to nie cecha osobowości aktora, że stara się w każdej roli być takim jak Richie Rich albo nieskazitelnym moralnie bohaterem z Mumbaju?

Owszem. Kiedy aktor gra jakąś fikcyjną postać, jak Richie Rich czy Superman, musi samego siebie oszukiwać. Ale jeśli gra w „Zaara Si Zindagi” albo „Gharoonda”, musi być bardziej naturalny. Każda scena musi być zakorzeniona w rzeczywistości. Jazda w zatłoczonym lokalnym autobusie o 9 rano to rzeczywistość, utrata dziewczyny, którą kochasz, bo nie możesz jej utrzymać, to też rzeczywistość. Ale my tego nie chcemy widzieć. My chcemy wciąż przeżywać wymyślone, zwielokrotnione życie. Wkrótce i nasze role staną się odrealnione. Dialogi Amitabha otwierały nam oczy, bo właśnie wtedy publiczność wierzyła w silnego przywódcę, Mesjasza. To była tamta fala antyestablishmentowa. Gdyby dziś którykolwiek z nas spróbował powtórzyć ten rodzaj dialogów, widownia chyba rozniosłaby go na kawałki. Przedtem „Shahenshah” działał. Dziś nie, bo mamy G.R. Khairnara (radny Mumbaju, walczący z nielegalną zabudową miasta, nakazujący rozbiórkę takich budynków i przez to skonfliktowany nawet z mafią – przypisek Mowilka).

Czy sugerujesz, że „Dilwale Dulhania Le Jeyange” tak dobrze utrafił w swoje czasy, bo nie było w nim niepotrzebnej brawury?

Raj wiedział, czego chce. Dlatego bardzo łagodnie wmieszał się w rodzinę Simran i robił swoje. Na jednym poziomie mówi Simran, że powinna być posłuszna tacie. Cięcie na moją scenę z moim ojcem – mówię mu, ze Simran na pewno będzie moją panną młodą. Przesłanie brzmi: „Simran to kya, uske baap ko bhi main pataloonga”. Byłem w tym filmie bardzo sprytnym graczem. Walka z wiatrakami nie jest dziś dobrym rozwiązaniem. Nie ma już historii o wielkich romansach na wzór Laili i Manju. To „Baazigar” jest znakiem czasów.

A teraz mi powiedz, jaka jest Twoja opinia o nie do końca jasnych rozróżnieniach między kinem artystycznym a komercyjnym?

Niektóre filmy są dla mnie pretensjonalne, inne bardzo miłe w odbiorze. Nakręciłem „Idiotę” z Manim Kaulem, ale wciąż nie rozumiem jego stylu filmowego, jest dla mnie zbyt ekscentryczny. Nie dostrzegam ukrytych znaczeń czy aluzji. Nie cenię także poezji. Jeśli można wyrazić uczucie jednym zdaniem, po co rozciągać je do 20?
Może nabawiłem się uprzedzeń, oglądając filmy Satyajita Raya. Jego interesuje wyłącznie ubóstwo...

To nie jest prawda. Satyajit Raj zmaga się z miliardem tematów i penetruje też etos klas wyższych.

Przyznaję, jestem uprzedzony. Słyszałem o „Charulata”, „Devi”, „Shatranj Ke Khilari” i „Agantuk”, żeby wymienić niektóre z jego wielkich osiągnięć. Ale to wszystko. Na przyszłość wolę być otwarty na kino światowe.
Pomimo odniesień do kina artystycznego „Ankur”, „Mirch Masala” i „Manthan” były dla mnie bardzo poruszającymi doświadczeniami. Ale odrzuca mnie, kiedy widzę bogatych snobów dyskutujących beznamiętnie nad kielichem wina o metaforycznej sugestywności sceny ubijania masła w filmie XYZeta. Powinni się raczej identyfikować z pastelowymi klatkami czarnych charakterów, zamianą żon, kradzieżami diamentów i ciemnymi interesami z filmów komercyjnych.
Kiedy chcę zadzierać nosa, myślę o „Uski Roti”. Kiedy chcę się poczuć prostacko, myślę o „Ram Jaane”. Przepraszam, jeśli brzmi to niepoważnie, ale taka jest prawda.

Jak oceniasz dziś swoje lata spędzone na scenie, w teatrze w Delhi? Czego nauczyłeś się od Barry'ego Johna, twórcy teatralnego?

W teatrze i u Barry'ego nauczyłem się wszystkiego, co wiem o aktorstwie. Pierwszą i najważniejszą lekcją było to, że nie ma złego albo dobrego sposobu na granie. Jeśli ty sam jesteś do czegoś przekonany, możesz przekonać 10 milionów innych. Nie musisz natężać głosu, możesz grać nawet tyłem do widowni... cokolwiek. Zwykle odczytywaliśmy nasze teksty maniakalnie, pięć – sześć razy, miażdżąc nawzajem nasze poglądy, rozbierając na czynniki pierwsze nasze postaci, okraszając to jeszcze własnymi dziwactwami. A kiedy już znaliśmy tekst na wylot, próbowaliśmy zagrać komicznie scenariusz tragiczny i na odwrót. Nauczyłem się także efektywnego wykorzystania przestrzeni. Mogliśmy używać rąk i nóg, jak się nam żywnie podobało. W kinie używamy języka ciała w przestrzeni, jaką dysponujemy. W „Raju Ban Gaya Gentleman” cień lampy zasłaniał twarz Navina Nishala, kiedy przekładałem bez celu rzeczy na stole. Spojrzałem więc sponad tej lampy, żeby nawiązać z nim kontakt wzrokowy. Kiedy coś cię ogranicza, musisz użyć swojego sprytu.

Mówi się, że złego aktora można rozpoznać po tym, że nie wie, co zrobić z rękami i wkłada je po prostu do kieszeni

Wcale się z tym nie zgadzam. Stara szkoła filmowa strasznie ten temat wyolbrzymia. Granice aktorstwa bardzo się rozszerzyły. Moim zdaniem, aktor grając scenę romantyczną może trzymać ręce w najbardziej nieoczekiwanych miejscach. Govinda i ja, z naszymi twarzami, nie bylibyśmy wpuszczeni do studia 40 lat temu. Zastanawiam się jak się udało Kishore’owi Kumarowi i Mahmoodowi przetrwać z ich gestykulacją. Byli świetni.

Wydajesz się być pod dużym wpływem Jima Carreya. Naśladowałeś go w scenie z fortepianem z „Dilwale...”.

W dużej mierze tak. Uwielbiam Jima Carreya. Tak jak on, mam plastyczną twarz. Nawet w życiu codziennym przez moją gębę (tak powiedział, sori – przypisek Mowilka) przepływa setki wyrazów twarzy. Popatrz też na Jerry'ego Lewisa. Uff, człowieku! Moja postać z „Duplicate” jest cała wzorowana na Jimie Carreyu.

Innymi słowy, jeśli w ogóle posiadasz jakiś styl, to jest on poskładany z tego, co podoba ci się u innych aktorów.

Tak. Do moich wcześniejszych ról w „Fauji” i „Circus” przygotowywałem się, naśladując Michaela J. Foxa. Jeszcze jako dziecko wywoływane do odpowiedzi w szkole, słuchałem odpowiedzi kolegów, lekko modyfikowałem ich poglądy i komponowałem moją wypowiedź. I dostawałem najlepsze oceny. Jeden z moich nauczycieli angielskiego, pan Wintle, nazywał mnie „cholerny, inteligentny rascal”. Taką metodę mam do dzisiaj.
Nie mam oporów przed naśladowaniem innych aktorów. Jeśli inni ci powiedzą, że nie naśladują, to skłamią. Ilu bohaterów kina akcji szczerze powie, że nie mają w pamięci Amitabha Bachchana, kiedy robią kaskaderkę? W następnym filmie będę małpował Brada Pitta, dając roli własną interpretację. A sześć miesięcy temu świadomie chciałem być jak Jim Carrey.

Czy pamiętasz pierwszy impuls, który popchnął cię w stronę aktorstwa?

Nie, nie pamiętam. Ale jako dziecko odgrywałem sceny z „Ram Leela”. Grałem małpę. Pisałem też bardzo dziecinne „shaihris”, a mój ojciec nakłaniał mnie, żebym je recytował gościom. Z gośćmi kontaktowałem się tylko dzięki mojemu talentowi do naśladowania. Jeśli mnie proszono o odtańczenie numeru Mumtaz lub wyrecytowanie wierszyka, przybiegałem natychmiast. Ale nie umiałem z tymi samymi gośćmi prowadzić pogawędki.
Mówiono mi, że jestem jak wujek zwany „Brahmachari”. Mieliśmy jego zdjęcie, w samej bieliźnie, stojącego na naszym tarasie. Tak jak on, zawsze wszystkich rozśmieszałem. Lubiłem rozbawiać ludzi – to cecha, która mi została do dziś. Myślę, że wszyscy byli pewni, że zostanę showmanem.

Co było potem?

W mojej szkole, Świętym Kolumbanie, wszyscy byli strasznie ą i ę. Z kolei ja z przyjaciółmi Aaloo, Kaalia i Gitti, zajadle grywałem w gilli danda (popularny wśród młodzieży indyjskiej sport, podobny od krykieta – przypisek Mowilka). Ponieważ interesował mnie sport, kumplowałem się raczej z mięśniakami nieprzebierającymi w słowach. I przyjmowałem wszystko, co najlepsze, od obu grup moich kumpli. A ponieważ nie miałem właściwego akcentu, podczas wszelkich debat i lekcji wymowy, szybko w ostatniej chwili przyswajałem go sobie i odchodziłem z nagrodami w kieszeni. Grałem nawet w szkolnych przedstawieniach, jak „Czarnoksiężnik z Oz”.
Lecz pójście do college’u było szokiem kulturowym. Zamiast St. Stephens wybrałem Hansraj. Zamiast Madonną zajmowali się tam „Hum Log”. Zatęskniłem szybko do moich angielskojęzycznych przyjaciół. Dołączyłem więc do grupy teatralnej Tag. Na swój sposób pomogło mi to podtrzymać równowagę. Ani nie byłem całkiem „angrezi”, ani też się nie zdeklasowałem.
Gwiazdy teatru Roshan Seth, Siddarth Basu, Divya Seth i Ritu Raj odeszli, żeby grać w telewizji. Była więc cała masa ról, tylko czekających, żeby je zagarnąć. Dostały mi się naprawdę świetne role. Nie chciałem wtedy grać w filmach, zwłaszcza, że wszystkie wyglądały na zmodyfikowane wersje „Hum Log”. Ale wiadomo, jak bywa z planowaniem. Więc jestem tu.

Czy okres przejściowy między dojrzewaniem, a dorosłością był trudny?

Nie miałem tych typowych napadów buntu. Ale przechodziłem przez fazy niepewności. Za szybko dorosłem. Kiedy umierał mój ojciec, jeździłem na rowerze do szpitala. Akurat w dniu, w którym zmarł, nie pojawił się nasz kierowca... więc całkiem sam odwiozłem mamę ze szpitala do domu. Miałem tylko 15 lat i aż do tego dnia nigdy nie prowadziłem samochodu. Za szybko stałem się małym dorosłym.
Byłem świetny w nauce, więc po prostu prześliznąłem się przez okres dojrzewania. Jedynymi momentami prawdziwej depresji były śmierć ojca i matki.

Czego się dowiedziałeś o sobie, od kiedy grasz?

Że potrafię być niezwykle wrażliwy i skrajnie chłodny dokładnie w tym samym czasie. Wiele wydarzeń, które poruszyły innych, pozostawiło mnie granitowo chłodnym. Narodziny, śluby, pogrzeby, wesołe i smutne zdarzenia – niewiele dla mnie znaczą. Może dlatego, że doświadczam silnych emocji w moich filmach, stałem się na nie trochę nieczuły w życiu. A czasami jakieś małe wydarzenie mnie porusza.

Co przebiega ci przez głowę, gdy kamera jest włączona?

To jest maksymalny haj. Zapominam o każdym psychicznym dyskomforcie, żeby móc flirtować z kamerą. Czuję się przez nią całkowicie podniecony (nakręcony). Czuję się wręcz, jakbym ją uwodził. Niektórzy aktorzy boją się kamery, ale nie ja.

Kiedy więc pozbędziesz się swojej ewidentnej maniery i staniesz się bardziej skupionym aktorem?

W przyszłym roku. Takimi filmami jak „Ram Jaane” wyeliminowałem całą brawurę, jatki i „adas” z mojego systemu (śmieje się ironicznie). Teraz będę mniej grał rękami i gadał też mniej, chyba że ktoś w tym pokoju mnie o to poprosi. Zaspokoiłem już swój głód scen akcji, romansu, diabolicznych spraw... i przesadnej ekspresji. Postaram się wczuwać w sceny. Kiedy aktor dojrzewa, staje się mniej ekspansywny, a bardziej stonowany. Naseeruddin Shah wciąż mi powtarza, że w mojej grze musi być więcej metody, mniej szaleństwa. On ma na ten temat wręcz wrodzoną wiedzę, wie dokładnie, ile jest potrzebne. Obserwowałem podczas kręcenia ostatniej sceny z „Chaahat” jego doskonała technikę, w jednej chwili zastąpioną absolutną naturalnością. Uff, Naseer jest zabójczy, doskonały technicznie.

Co to znaczy „doskonały technicznie”?

Widzisz, jeśli mam zepsute radio, to mogę spróbować w nim pogrzebać i może je naprawię. Ale jeśli wezwę mechanika, on natychmiast zidentyfikuje problem i go usunie. Bo on zna technikę. Każdy aktor powinien się doskonalić, oglądając Naseera w „Manthan”, „Sparsh”, „Katha”, „Jaane Bhi Do Yaaro” i „Mohan Jaashi Hazir Ha”. Popatrz na niego w filmach nawet takich jak „Sir” i „Naajayaz”. To jest wykształcony aktor, który czyta... i może bez wysiłku wskoczyć w skórę każdego bohatera.

Czy jacyś reżyserzy zniszczyli twoje role?

(śmiech) Tak naprawdę to nie. Aziz Mirza, Kundan Shah, Aditya Chopra i Abbas-Mustan wydobyli ze mnie tak wiele. Jeśli występy w „Trimurti” i „Guddu” były tragiczne, to wyłącznie moja wina, nie reżyserów.

Czy zrezygnowałbyś z aktorstwa, żeby stać się dobrym człowiekiem?

I tu powinienem powiedzieć: „Tak, zrezygnowałbym!” Ale nie zrobiłbym niczego takiego. Bo uważam, że tylko dobrzy ludzie mogą być dobrymi aktorami.

Serio? Kilku najbardziej uznanych aktorów to ludzie skrajnie zepsuci i o zakutych łbach.

Ale ja nie mówię o kwestiach moralnych, tylko o moich osobistych przekonaniach.

Kiedy grasz tak, że dajesz z siebie wszystko?

Kiedy jestem pod największą presją! Czasami reżyser ma 5 minut na dokończenie ujęcia, tylko 50 stóp czystej taśmy, słońce zaraz zajdzie. A ja nie spałem trzy noce i stoję na wózku, który się kiwa i zaraz przewróci. Uwielbiam życie na krawędzi. Kiedy wszystko idzie źle, stanę na głowie, żeby to naprawić przez dobre ujęcie.
Ostatnia scena „Kabhi Haan Kabhi Naa” taka była. Właśnie zostawiła mnie dziewczyna, siedzę i gapię się w niebo. Mieliśmy tylko 20 stóp taśmy, ale ujęcie wyszło pięknie. Kundan i ja strasznie się ścinaliśmy podczas kręcenia. Mówił mi: „Wolałbym pracować z jakąś skałą niż z tobą, Shah Rukh”. Taki jest milusi.
„Oh Darling! Yeh Hai India!” także było stresujące, ale uwielbiam siebie samego w tym filmie. Jedno czy dwa ujęcia były cholernie śmieszne... możesz prawie zobaczyć mój uśmiech w scenie więziennej. Było jedno takie ujęcie panoramiczne, którego kręcenia zabrało nam całą noc.

Czy widzisz jakąś różnicę pomiędzy „aktorem instynktownym” a „rozumowym”? Czy te dwa pojęcia się ze sobą wiążą?

Oczywiście, że tak! Nawet jeśli amatorowi jakimś szczęśliwym trafem uda się coś dobrze zagrać, mówimy, że było to „instynktowne”. Ale jeśli przyjrzeć się naprawdę spontanicznym występom, widzi się, ile pod powierzchnią kryje się wcześniejszych przemyśleń. „Instynktowność” jest najpaskudniejszą wymówką dla nieprzygotowania, spóźnialstwa i niedbalstwa. „Jestem aktorem instynktownym” jest jeszcze gorszym schematem niż „Jesteśmy tylko dobrymi przyjaciółmi”.
„Instynktowność” jest określeniem na wszystko, co widziałeś, przeczytałeś, co w jakiś sposób zaadaptowałeś do swojego życia. Nawet granie „metodą” nie oznacza dla mnie brania ze sobą roli do domu i jedzenia, spania, rozmyślania o niej. Przypomniało mi się słynne wydarzenie. Laurence Olivier i Dustin Hoffman kręcili „Maratończyka”. Dustin Hoffman miał wyglądać na skrajnie zmęczonego. Ponieważ jest on aktorem „metody”, biegał tak długo, aż był całkowicie wykończony. Przyszedł na plan, żeby wejść w swoją rolę, a Laurence Olivier rzucił na niego okiem i wymruczał kpiąco: „Czy teraz możemy już zacząć grać?”

Jak uważasz, czy aktorstwo jest wrodzone, czy wypracowane?

Przekonałem się, że najwięksi aktorzy-gwiazdy w naszym kraju byli najostatniejszymi kandydatami do gwiazdorstwa. Popatrz na Dilipa Kumara, Amitabha Bachchana, Rajesha Khannę, Deva Ananda, Sanjeeva Kumara, Naseeruddina Shaha i Kamala Hassana! Jedyny Dharmendra był kwintesencją gwiazdy Bollywood.

Zastanawiam się, czy mógłbyś zagrać w jakiejkolwiek innej lokalnej kinematografii, która daje aktorowi więcej „mięcha” niż filmy mumbajskie.

To oczywiście oznaczałoby więcej ciężkiej pracy włożonej w nauczenie się i zrozumienie roli i dialogów.

Czy gdyby Mani Ratnam zaproponował Ci rolę, rzuciłbyś wszystko i pobiegł do niego?

Oczywiście. Dla Maniego Ratnama rzuciłbym wszystko, ze zrzuceniem spodni włącznie.

Jakie są nieporozumienia na temat aktorstwa?

Że po skończonych zdjęciach musisz się odprężyć. I że musisz być w odpowiednim stanie umysłu przed ujęciem. Nawet rozmowy na planie muszą być błahe. Wiesz co? Skoro tak ubolewasz nad tym faktem, to powiem Ci, że tak naprawdę nie musisz być dobrym człowiekiem, żeby być dobrym aktorem. Zadowolony?

Bardzo zadowolony. Czy więc w końcu aktorstwo oznacza ładny dom, pliki pieniędzy i pięć Filmfare'ów?

Filmfare’y są u mnie na pierwszym miejscu. Reszta to pochodne tak zwanego gwiazdorstwa. Kiedy przyjechałem do Mumbaju, nie miałem gdzie mieszkać. Przez wszystkie wcześniejsze lata nie miałem właściwie stałego miejsca zamieszkania. Dlatego teraz chcę mieć swój własny dom. Dla samochodu nigdy nie pracowałem tak desperacko. Na koniec kariery chciałbym mieć na koncie przynajmniej pięć lub więcej filmów, które będą mogły obejrzeć moje dzieci. Retrospektywy mogą poczekać. Najważniejsza prawda jest taka, że aktorstwo pochłania cały twój czas: granie powinno być przyjemnością, a nie męką. Jeśli cię ono nie cieszy, możesz równie dobrze być kucharzem, urzędnikiem lub policjantem... i osiągnąć w tym doskonałość.


Tłumaczenie: Mowilka

© Tekst chroniony prawem autorskim.
    Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
    Więcej informacji w dziale "strona"