w skrócie

autobiografia

wywiady

artykuły

przemówienia

o filmach

Still Reading Khan

mapa wspomnień

co lubi SRK ?

nagrody

inni o SRK

 

Czadu!

Wywiad dla Filmfare’a, marzec 2009
Autor: Jitesh Pillai


Ptak, samolot, Superman. Nie. To Shah Rukh Khan. Jitesh Pillai rozmawia z ekranowym łamaczem serc.

Kiedy te wyrzeźbione bicepsy rozpościerają się szeroko, powiewa na wietrze imaginacyjna czapka, a miliony serc pękają i zalegają przejścia między rzędami krzeseł. Blask magii, którą supergwiazdor przynosi ze sobą, jego bardzo intensywna ekranowa obecność, rozświetla ekran. A kiedy kamera skupia się na Shah Rukhu Khanie w „Billu Barber”, otwierającym szeroko ramiona, jakby chciał tym gestem objąć cały świat – wszyscy zatrzymują się, żeby popatrzeć.

Ramię towarzyszące tym sławnym bicepsom poszło ostatnio pod skalpel; w końcu, tak jak Spiderman, ma on fruwać w „Billu Barber”. Bez wysiłku przędzie sieć swojej magii i wspina się na szczyty. Zwykła kontuzja, drobnostka; dla człowieka który dźwiga na barkach odpowiedzialność za przedstawienie, to jest coś, co się zawsze może zdarzyć. Życzymy mu szybkiego powrotu do zdrowia, a jesteśmy pewni, ze wkrótce znów wyruszy w drogę z szybkością dwustu kilometrów na godzinę.

Jest jednym z Knights Riders, hoduje swoją ligową drużynę w światłach reflektorów, ustawia krykiecistów; ta drużyna to SRK. Jego własna marka zmieniła zespół w bardzo dochodowy interes, jego aura przenika szatnię i spowija zawodników, jego charyzma sprawia, że miliony chcą zobaczyć najpierw jego, potem mecz. Czekamy na rozpoczęcie sezonu krykietowego z masalą, a SRK jest jednym z powodów. Może dlatego nazywa się to „widowiskowym sportem”.

Prześcignął feniksa; nawet kiedy ludzie pławią się w pisaniu o nim źle, on powstaje. Zanim zdąży się spopielić do końca, już jest znowu – jeszcze większy. Potężniejszy. I nie zostawia nikomu szansy na wejście w kostium Supermana. Rozpościera skrzydła i odlatuje. To tak, jak z feniksem – istnieje tylko jeden egzemplarz. Na ostrzu brzytwy, gdzie spędza życie. Tym sposobem „Billu Barber” porusza się po znajomym terytorium.

Nie trzeba nam czapki. Nie potrzebujemy majtek noszonych na stroju ze spandexu. SRK jest ponad to. Jego supergwiazdorstwo jest jedynym kostiumem, jaki nosi – i to nosi prawidłowo.
Operacja okazała się konieczna. SRK musiał się jej poddać z powodu rozerwania mięśnia ramienia. Po raz pierwszy uszkodził je sobie, kiedy miał wypadek na planie „Darr” Yasha Chopry. Uważa się, że 90% sportowców na całym świecie doświadcza tej kontuzji. Ale ostatnio, na planie „Dulha Mil Gaya”, kontuzja okazała się znacznie poważniejsza, wymagając interwencji chirurgicznej. SRK zauważa ze stoickim spokojem: „Moja łopatka wymaga umocowania. Nie będę wchodził w skomplikowane medyczne określenia, ale tak, nie mogę podnieść obciążonego ramienia wyżej niż pod kątem 30 stopni. Będę potrzebował rehabilitacji. Ale wkrótce powinienem wydobrzeć. Pewne rzeczy trzeba zrobić, żeby dało się żyć dalej. Nie ja pierwszy przez to przechodzę, więc jest w porządku. Jestem za pan brat z kontuzjami... prawie jak z supergwiazdorstwem” – zauważa zuchwale. A tu kolejny kwiatek. „Jestem człowiekiem – implantem. Allah nie daje mi małych cierpień, tylko od razu duże! Ale wszystkie moje problemy są do rozwiązania i wyleczenia. Daje mi to wszystko, żeby nie dopuścić do większych kłopotów. Zawsze sobie mówię, że mogło być gorzej. Musisz być jak żołnierz, nie przestawać maszerować”.

Teraz, kiedy on sobie zdrowieje, dyskusje toczą się wokół jego filmów. W tym sezonie często grywa samego siebie. Najpierw w epizodzie w „Luck By Chance” Zoyi Akhtar, teraz w „Billu Barber”. Shah Rukh Khan gra SRK, supergwiazdora: światła, kamera, reakcja. Czyżby był w tym posmak narcyzmu? Całego tego kramu: kocham siebie, kocham swój wizerunek? Shah Rukh w mgnieniu oka pokazuje swoje głębokie dołeczki i uśmiecha się. „Nie jestem narcystyczny, jestem po prostu realistyczny. Jestem supergwiazdorem, czemu mam to ukrywać?” – żartuje.
Z pewnością ten żart umyka Aamirowi Khanowi, który podobno miał powiedzieć, że w przeciwieństwie do SRK Lata Mangeshkar i Sachin Tendulkar nie chodzą i nie powtarzają w kółko, że są numerami 1. SRK jest ubawiony i ripostuje: „Kiedy mówię o sobie... że jestem najlepszy itd., jest to zawsze z przymrużeniem oka. Myślę, że rozumieją to ludzie, którzy mają poczucie humoru albo prawdziwą pokorę, tacy jak ja. Sądzę, że Aamir Khan nie ma ani jednego, ani drugiego. I chyba dużo o mnie ostatnio mówi. Zastanawiam się, czemu zajmuję tyle miejsca w jego głowie”?

Przechodząc gładko do tematu przewodniego „Billu Barber”, SRK rozważa kwestię przyjaźni. Mówi o filmie jako symbolu związku między Krishną a Sudamą. „Jako aktor i gwiazdor doświadczyłem wielu etapów przyjaźni. Czasami, w mojej obecnej sytuacji, nie mogę być emocjonalnie dostępny dla wszystkich moich przyjaciół w każdej chwili. Moi prawdziwi przyjaciele to rozumieją. Nawet w „Billu” mój bohater i Irrfan mówią sobie na końcu: „Bądźmy w kontakcie i miejmy nadzieję, że nasze ścieżki będą się krzyżować częściej”. Czasami, kiedy mówię tak w prawdziwym życiu, brzmi to protekcjonalnie, ale tak nie jest” – myśli głośno.

Mówi dalej: „Moi najdawniejsi szkolni przyjaciele to Raman Sharma, Vivek Khushlani, Bikash i Ashok Vasan. Nie rozmawiamy ze sobą codziennie. Ale czasami, mimo własnych wypełnionych terminarzy, kiedy kręcę film lub robię jakiś program, wsiadają w samochodów i jadą cztery godziny tylko po to, żeby się ze mną spotkać, a potem rozjechać do swoich spraw. Zawsze wierzyłem, że jeśli spotkasz się z kimś po dwudziestu dwóch latach i potrafisz zacząć tam, gdzie wtedy skończyliście, wasza przyjaźń przetrwała próbę czasu. Ktoś, kto narzeka na brak kontaktu, nie jest w ogóle przyjacielem. Mówiąc to, wiem, że Aziz Mirza, Juhi Chawla, Karan Johar i Aditya Chopra są moimi przyjaciółmi teraz już od lat i zawsze będą. W tych relacjach jest coś, co nie uznaje żadnych warunków”.

Według SRK popularne internetowe serwisy społecznościowe, jak Facebook, są w dzisiejszej dobie substytutami prawdziwej przyjaźni. „Ludzie są samotni, dlatego szukają kontaktu. I jak na ironię, czasami w dziwnym wirtualnym świecie zdarza się prawdziwa przyjaźń. Ja sam nie logowałem się na żadnym forum internetowym, ale moi najbliżsi przyjaciele czatują i piszą blogi do późna w nocy. Może to właśnie jest nowe medium kontaktów towarzyskich przyszłości”.
SRK rozwiewa też wątpliwości do co natury przyjaźni w pracy. „Często mylimy podobny charakter pracy z podobieństwem charakterów. Możesz nawiązać z ludźmi więzi podczas kręcenia filmu z powodu podobieństwa wykonywanej pracy. Ale to nie znaczy, że oni są twoimi pokrewnymi duszami. To dlatego ludzie zbliżają się do siebie na chwilę na czas kręcenia, a potem odległość znowu ich od siebie oddala. Widzę to na każdym kroku. Wiesz co? W przyjaźni nie powinno być żadnego zawłaszczania ani zaborczości. To coś nieuchwytnego, nienazwanego każe wam trwać przy sobie na zawsze. Przyjaźń jest bezwarunkowa”.

Ostatnio SRK znalazł się znowu na pierwszych stronach gazet, kiedy podczas gali Złotych Globów prezentował film „Slumdog Millionaire”, krocząc ramię w ramię z hollywoodzkimi tuzami po czerwonym dywanie. SRK uśmiecha się znowu: „Powiem ci coś. Przeżyłem sen na jawie. Przeskok od bloku 442 na Rajendra Nagar w Delhi do bycia zapowiedzianym jako król Bollywood na scenie Złotych Globów – to dla mnie COŚ. Spotkałem Clinta Eastwooda. Wykrzyczę to: wyrosłem na filmie „Dobry, zły i brzydki”. Był tam Dustin Hoffman, pogadałem sobie z Bradem Pittem, śliczna Uma Thurman posłała mi całusa. Widok boskiej Drew Barrymore i Angeliny Jolie wywołał u Gauri i Karana spazmy zachwytu. Czy to nie jest jak sen? Czego jeszcze mogę chcieć? Może Oscara? Wiem, ze to brzmi okropnie pretensjonalnie i jakiś aktor na pewno zaraz znów udzieli wywiadu o tym, jaki jestem napuszony. Ale, inshallah, to także nastąpi. To znaczy Oscar”.

Proszę go, żeby wskazał na główne różnice pomiędzy uroczystościami rozdania nagród w Indiach, a takimi jak Złote Globy. Już w poważniejszym nastroju, namyśla się i mówi: „Nasza ekonomia jest niepewna. Tak jak każdy rozwijający się kraj, próbujemy zmniejszyć bezdenną przepaść pomiędzy tymi, którzy coś posiadają, a nędzarzami. Dlatego przykładamy taką wagę do osiągnięć i sukcesu.
Sukces rodzi arogancję. I czasami ludzie są wprowadzani w błąd na temat poczucia własnej wartości. A u nich istotna jest nagroda, a nie jej zdobywca. Każdy jest indywidualnym zdobywcą, każdy coś osiągnął w swojej strefie życia i oni naprawdę w to wierzą. I dlatego, kiedy Mickey Rourke zdobywa nagrodę pokonując Brada Pitta i Leonardo Di Caprio, jest pełno radości i wdzięczności. Widziałem Brada I Leo robiących Mickeyowi Rourke owację na stojąco. Nie siedzieli w domu i nie dąsali się. Naprawdę nie chodzi o to, żeby lizać rany, kiedy konkurencja cię pokonuje. I twój czas nadejdzie.
Myślę też, że my tutaj, w Indiach, za bardzo jesteśmy skłonni do nadawania ludziom statusu półbogów. To dlatego większość aktorów, łącznie ze mną, czasami wpada w przesadę. Chcę tylko powiedzieć, że byłoby wspaniale, gdyby więcej ludzi doceniało cudze osiągnięcia, a dało spokój podgryzaniu. Myślę, że musimy się uczyć dawać i wybaczać... zamiast brać i zapominać”.

Więcej SRK-izmów: „Zawsze powtarzam synowi, że każde współzawodnictwo uczy, jak przegrywać – ale nie, jak być przegranym. Dlatego ja sam, kiedy nie zdobywam nagrody, oszukuję samego siebie i nigdy nie mówię, że ją przegrałem, tylko że nagroda nie była mnie warta. I mówiąc to, nie przechwalam się moimi osiągnięciami i nie traktuję cynicznie zwycięstw innych ludzi. Ale nadal, gdzieś w głębi umysłu, z całą skromnością sądzę, że tego, co potrafię ja, nie umie nikt inny. I naprawdę uważam, że jeśli masz pasję do pracy i poczucie własności, nikt cię nie powstrzyma.”
Wychwala pod niebiosa A.R. Rahmana, Gulzara i dźwiękowca Resula Pookutty’ego za ich olśniewającą pracę przy „Slumdog Millionaire”, a prócz tego cały film oczywiście. A co z czarnymi chmurami, które ten obraz ściągnął na swoją głowę za pokazywanie indyjskiej biedy? „Uwielbiam ten film, a jeszcze bardziej siłę Danny'ego Boyle'a, jego aktorów i ekipy. Wiem, że w tym momencie to zabrzmi, jak „ja też”, ale faktem jest, że chcieliśmy zaadaptować powieść „Q and A” Vikasa Swarupa na film. Możesz to w każdej chwili zweryfikować u Siddartha Basu, z którym nagrywałem „Kaun Banega Crorepati”. Porzuciliśmy pomysł, kiedy dowiedzieliśmy się, że prawa do ekranizacji zostały już sprzedane. Nie sądzę, aby „Slumdog” obnażał indyjską nędzę, czy coś w tym rodzaju. To jest koniec końców szybki, pełen werwy film, nakręcony z pozycji człowieka Zachodu. Danny zrobił go rewelacyjnie. I to na tyle.
Istnieje w końcu sześć stopni oddalenia, tak? (hipoteza, według której członkowie jakiejkolwiek dużej społeczności mogą być pokrewni sobie dzięki krótkim sieciom wspólnych znajomych – przypis tłumacza). Oferowano mi rolę w tym filmie. Dwa lata potem prezentuję „Slumdog Millionaire” w kategorii: najlepszy film. Naprawdę, to filmy cię wybierają, nie ty wybierasz filmy. Miałem też kręcić „Trzech idiotów”, „Robota” czy „Munnabhai M.B.B.S.”. Ale nie doszło do tego. Każdy film ma swoje własne przeznaczenie i wybiera sobie aktorów”.

Firma SRK kupiła ostatnio prawa do książki „The Zoya Factor”, napisanej przez Anuję Chauhan, której to książki SRK jest zdeklarowanym wielbicielem. Najprawdopodobniej film wyreżyseruje Shirish Kunder (reżyser „Jaan-E-Mann” – przypis tłumacza). SRK mówi: „To mała książeczka i uwielbiam ją, więc przedprodukcję rozpoczniemy, kiedy tylko czas na to pozwoli. Chciałbym też kupić prawa do takich książek jak „Życie Pi” i „Dziwny przypadek psa nocną porą”. Chciałbym kupić prawa do książki „Demon” Daniela Suareza. Chciałbym kupić prawa do każdej dobrej książki, która trafia w moje ręce, a nadaje się do przerobienia na film. Chciałem też nakręcić „Shantaram”, ale Mira Nair mnie pokonała. Teraz to brzmi okropnie protekcjonalnie, ale to najprawdziwsza prawda. Wiesz, czytałem mniej znane powieści Dana Browna, zanim stał się sławny dzięki „Kodowi Da Vinci” i chcę też nakręcić remake „Kodu Da Vinci”.

Wracamy do karuzeli showbiznesu. Po sześciu tygodniach przerwy SRK ma dołączyć do Kajol podczas następnej tury zdjęć do „My Name Is Khan”. O magicznej Kajol mówi: „Czuję się jak w domu, kręcąc znów z Kajol po sześciu latach. Jest tak samo szalona i zabawna jak przedtem. Cała ta chemia istnieje tylko w głowach ludzi, którzy nas oglądają. Oczywiście, ona uważa, że nie jestem już taki zabawny jak kiedyś. Ale to tylko z powodu mojej kontuzji i dlatego, ze gram człowieka z autyzmem. Na planie byłem trochę zamknięty w sobie. Podczas następnej tury zdjęć będę ją bardziej rozśmieszał...”.

Kiedy odprowadza mnie do futurystycznej windy wywożącej mnie na zewnątrz jego posiadłości, mówi: „Jestem człowiekiem spełnionym. Szczerze wierzę w to, co mówi mój bohater, Suri w „Rab Ne Bana Di Jodi”: „Na isse zyada zaroorat hai... na aadat hai”.
I jakby to była scena filmowa, nagle przychodzą mi na myśl wzniosłe słowa z piosenki Nika Kershawa: „Nie pozwolę, żeby zaszło dla mnie słońce”. Pan i władca jaśnieje.


Tłumaczenie: Mowilka

© Tekst chroniony prawem autorskim.
    Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
    Więcej informacji w dziale "strona"