w skrócie

autobiografia

wywiady

artykuły

przemówienia

o filmach

Still Reading Khan

mapa wspomnień

co lubi SRK ?

nagrody

inni o SRK

 

Rider on the beat

Wywiad dla Filmfare’a, maj 2009
Autor: Anuradha Choudhary


Ruszyła IPL. Shah Rukh Khan zręcznie odbija podkręcane piłki Anuradhy Choudhary.

Scena już przygotowana. Serio, kiedy idzie o konserwowanie krykietowej rozrywki, nie ma to jak IPL. Na boisku ustawiono już nowe przegrupowania, stare odstawiono na boczny tor. A Shah Rukh jest chętny do sformowania w tym roku swoich własnych. Jako właściciel Kolkata Knight Riders ma nadzieję, że jego zespół spisze się lepiej, niż w zeszłym sezonie. Kampania reklamowa i marketingowa ruszyła pełną parą. A teraz zespół potrzebuje osiągnięć. Shah Rukh Khan wie o tym lepiej niż ktokolwiek inny. Niczego nie pozostawia więc przypadkowi. Tak, stał się obiektem ostrej krytyki za koncepcję czterech kapitanów, za uwagi o Sunilu Gavaskarze... Choć super gwiazdor twierdzi, że został źle zrozumiany.
Właśnie teraz wchłonęła go krykietowa gorączka w Afryce. Dopinguje swój zespół do walki, zagrzewa do lepszej gry, przemawia do młodych, motywując ich. Wstępna euforia pierwszych rozgrywek ustępuje miejsca poważnej rywalizacji. Piłka na boisko, zaczynamy mecz. A na polu osobistym, zawarł pokój z Aamirem Khanem. Mówi, że jest ponad małostkową rywalizację i wywyższanie się. Oswaja własne demony...
Ponieważ na zewnątrz hałasują Kolkata Knights, Shah Rukh znajduje spokojny kąt w łazience, żeby pogadać z Filmfare. I choć rozmowa momentami lekko zamiera, SRK jest w swej zwykłej elokwentnej formie. Wyjaśnia nieporozumienia i ustala fakty tak zdecydowanie, jak to tylko on potrafi... Oto fragmenty:

Jak wpłynęło na ciebie przeniesienie rozgrywek IPL?

Miało to na nas wielki wpływ emocjonalny. Naprawdę chciałbym żeby drugi sezon IPL odbywał się w Kolkacie. Ta sportowa gorączka, szaleństwo, pasja, jakie miało miejsce na tamtym stadionie jest czymś, czego trzeba doświadczyć, żeby uwierzyć. Kolkata jest naszym własnym miejscem, tam zaczynaliśmy, jest sensem tego zespołu, bardzo mi tego brakuje. Mimo trochę nerwowych ruchów, problemów organizacyjnych, wzlotów i upadków, było to niesamowicie przyjemne. To jasne, że za czymś takim się potem tęskni. Oczywiście, jako koncesjonowany właściciel, tutaj w Afryce Południowej nie mam wiele do roboty. Wszystko jest z góry zorganizowane, więc zespół nie musi zajmować się detalami. Normalnie w Kolkacie Kolkata Riders wszystkim dowodzą, teraz nic nie musimy robić. Tylko idziemy popatrzeć na mecze.

Tak po prostu?

Oczywiście trzeba podejmować decyzje. I promować zespół. To jest Afryka Południowa, więc rzecz jasna, tu jest trudniej, ale ja mam pewną przewagę dzięki moim filmom. Na przykład wczoraj była parada i wszyscy stali z transparentami Kolkata Knight Riders. Mamy fory, jakich nie mają inni. Oprócz tego, tu jest inaczej niż w Indiach, o wiele mniej marketingu. Programy telewizyjne są wyświetlane jak zawsze. Jak chodzi o pracę, mamy tu naprawdę wakacje. Spędzam z zespołem więcej czasu, niż w Indiach.

Kto się tutaj zajmuje organizacją?

Centralny zarząd IPL i organizacja krykietowa RPA. Wiedzą, że jesteśmy tu nowi, stadiony są porozrzucane, nic nie wiemy o tym miejscu. Oni się więc wszystkim zajmują, a są od nas o wiele lepiej zorganizowani. Mamy na bieżąco wszystkie informacje, na przykład o tym, ile miejsc dla nas wyznaczono. Wszystko jest ustalane centralnie, więc nie musimy sami niczego kalkulować. Nawet sprzedaż biletów jest tak zorganizowana. Na koniec rozgrywek powiedzą nam, ile biletów zostało w sumie sprzedanych i wtedy się za nie rozliczymy.

Czego cię nauczył pierwszy sezon IPL?

Paru rzeczy. Po pierwsze tego, że praca w firmie musi być porozdzielana. To trudne zadanie. Więc jedna grupa ludzi ma się zająć tym, co związane z krykietem i zarządzaniem zespołem. Druga grupa zajmuje się administracją, a trzecia sponsoringiem i marketingiem. Tak więc są trzy działy. Jeśli chodzi o sam krykiet, nie mamy nic do powiedzenia, bo trenerzy i zawodnicy wiedza, jak grać T20 i wypracowują nowe strategie. Przez cały rok odwiedzaliśmy obozy krykietowe szukając nowych talentów i teraz formujemy bazę Knights Riders. Chcę dać im szansę wejścia na boisko. W pierwszym sezonie wybraliśmy rzecz jasna doświadczonych graczy. Teraz szukamy utalentowanych krykiecistów w całych Indiach. Będziemy ich trenować przez cały rok.
Tutaj, w Afryce, pitch (murawa, płaski pas na środku boiska – przypisek tłumacza) jest trochę inny, ale ten aspekt interesuje grupę odpowiedzialną za sam krykiet, więc oni sobie z tym radzą. Co roku wiele zależy nie od tego, jak dobrze zespół gra, ale od tego, jak go promujesz i jakich zdobywasz sponsorów. Nie możesz tego zrobić jak należy w przeciągu jednego roku, potrzebujesz co najmniej 3 lat, bo nieważne, jak dobrze opracowałeś plany, masz tylko 40 dni na ich sprawdzenie w praktyce.

Koncepcja czterech kapitanów znalazła się pod ostrzałem ostrej krytyki.

A tak naprawdę, nikt nie wie nawet, na czym polega koncepcja czterech kapitanów. Zakładają z góry, że na boisku ma być czterech kapitanów. Albo, że w każdym meczu kto inny ma być kapitanem. Wszystkie te spekulacje są błędne. Jest to strategia obmyślona przez Johna Buchanana i wszyscy ją pojmą, kiedy zobaczą, jak to działa w praktyce. Ludzie są zawsze skłonni do wychodzenia przed orkiestrę bez zrozumienia koncepcji, tylko z powodu użycia słowa „kapitan”. Zdecydowaliśmy się mieć czterech szefów różnych formacji. A więc będzie osoba, która ma zbierać informacje o bowling (rzucaniu – przypisek tłumacza) spoza boiska (nie na boisku), druga osoba będzie zbierać informacje o batting (odbijaniu – przypisek tłumacza), trzecia o fielding (grze w polu). A na boisku będzie jeden kapitan podejmujący decyzje na podstawie wszystkich zebranych informacji. Nikt póki co nie rozumie tej koncepcji, za to każdy ją ocenia. Na razie, na ile się zorientowaliśmy, to działa. Właściwie nie powinno się jej nazywać koncepcją czterech kapitanów, tylko strategią kolektywnego treningu. Nie mamy czterech kapitanów, to byłoby wariactwo na boisku. Mamy szefów formacji, którzy dostarczają informacji kapitanowi na boisku. A on jest tylko jeden.

Słyszałam, że przeprosiłeś Sunila Gavaskara, czy to prawda?

Nigdy nie powiedziałem, że on powinien kupić sobie drużynę. Mówię to wszystkim, którzy pouczają mnie, jak kierować zespołem. Jeśli chcesz to robić, wolna droga, kup sobie drużynę i próbuj. Gavaskar jest kimś wielkim w krykiecie i ma swój punkt widzenia, z którym zgadza się 96 procent ludzi w kraju, że koncepcja wielu kapitanów jest błędna. Braliśmy pod uwagę jego zdanie. Ale kiedy jego porady dotyczą tego, jak prowadzić drużynę, to nie ma on pojęcia, dlaczego wydajemy tyle pieniędzy i czemu robimy to czy to. Zadzwoniłem więc do niego i powiedziałem mu, że nie powinien mnie źle zrozumieć. Ja nigdy nie powiedziałem, że powinien sobie kupić własną drużynę. Powiedziałem to na tej samej konferencji, więc ludzie zakładają, że moje słowa kierowałem do Gavaskara. Zadzwoniłem i powiedziałem, że przepraszam, jeśli mnie źle zrozumiał, czemu miałbym mu radzić kupowanie drużyny?

Wypadło to wszystko trochę nieładnie.

Wyglądało to trochę chamsko. Powiedziałem już o tym. Gavaskar ma swój punkt widzenia, który na pewno weźmiemy pod uwagę. Nigdy nie zamierzałem być niegrzeczny w stosunku do kogokolwiek i radzić mu, żeby kupił własny zespół. Mówiłem to do 20 milionów ludzi, którzy wciąż mówią mi, aisa karo, zrób to, czy tamto. Jeśli taka masa ludzi ma tyle pomysłów, proszę bardzo, niech kupują drużyny i je realizują. Kiedy ja swoją kupowałem, wszyscy się ze mnie śmiali i mówili, że robię głupstwo.

Jak utrzymujesz równowagę pomiędzy miłością do krykieta a związanym z nim aspektem handlowym?

Co do komercji, to mamy sporo szczęścia, bo sponsorzy są powiązani ze mną. Mamy maximum sponsoringu przypadającego na jedną drużynę. Być może nie mam racji, ale nie wydaje mi się, żeby inny zespół dysponował takimi pieniędzmi. Ale mogę się mylić. Nic nie wiem i nie chcę komentować stanu innych drużyn. Ale my mamy więcej pieniędzy, niż w zeszłym roku, co sporo znaczy biorąc pod uwagę, że panuje recesja. Oznacza to, że główny sponsoring zwiększył się do miliona dolarów. Dostaliśmy więc o wiele więcej pieniędzy. Myślę, że w tym roku większość drużyn straci lub wyjdzie na zero. My wydamy około 70 crore na naszą markę. Koncesja na każdy produkt ma swoje osobne opłaty, nasze to około 30 crore. W zeszłym roku tylko my osiągnęliśmy zyski, w tym roku też mamy zamiar je osiągnąć. Uważa się powszechnie, że w pierwszych latach ponosi się straty, ale mnie się wydaje, że nasza marka jakoś od razu urosła. Sprzedaliśmy maksymalną liczbę koszulek. Nasze t-shirty sprzedawały się jak gorące bułeczki, przynosząc duży dochód. To oczywiście dobra podstawa do marketingu. Jeśli nasz zespół będzie dobrze grał przez następne dwie czy trzy kolejki, podniesie to sprzedaż.

W tym roku znowu wiele się oczekuje po waszej drużynie.

Nie wiem, yaar, ludzie wywierają na nas wielką presję. W zeszłym roku skończyliśmy na szóstym miejscu, kiepsko nam poszło i pogodziliśmy się z tym. Ale że mieliśmy sporą dawkę zabawy i luzu, zdołaliśmy poderwać młodzież. Chciałbym, żeby nasza młodzież kibicowała Kolkata Knght Riders. Wydaje mi się, że na tym polu odnieśliśmy sukces. To dlatego podobały im się nasze koszulki, kupowali video, podobał im się nasz klimat, a niektórzy nasi gracze są naprawdę fantastyczni, jak Brendon McCullum czy Sourav Ganguly. Mam nadzieję, że dobrą grą dorośniemy do oczekiwań publiczności.

Na ile angażujesz się osobiście w przygotowanie drużyny?

Krykiet należy do młodzieży, więc ja tylko siedzę i patrzę. Nie mogę ich nauczyć wiele o krykiecie, ale mogę o życiu, taki jest mój pomysł. Korzystam z okazji, żeby być nauczycielem. Uwielbiam mówić młodym, jak żyć. W drużynie mamy trzy książki. Jedna jest o krykiecie, jedna o kodeksie postępowania sportowca, a jedna o tym, jak pomóc ludziom przeżyć życie, uczciwie i ciężko pracując. Mają wiele problemów i różnych napięć, a ja siedzę z nimi i mówię im, jak osiągnąłem różne rzeczy w życiu. Robię notatki z tych spotkań i piszę książkę, podstawy nauczania dzieci, jak próbować w życiu osiągnąć sukces, uczciwie i szczęśliwie. Wczoraj na przykład miałem spotkanie z nowymi dzieciakami i Sourav Ganguly pomógł mi nawiązać z nimi kontakt. Powiedziałem Dadzie, zróbmy tak, żeby poczuli się miło. Jest duże pole do popisu, oni nagle zaczęli zarabiać pieniądze, a nie wiedzą, jak pokierować swoim życiem. Jestem więc w to nauczanie zaangażowany tak samo jak w marketing, szukanie sponsorów i reklamodawców. Administracją zajmuje się Jai Mehta, a grą John Buchanan i Matthew Mohan.

Czy IPL nie robi się trochę filmowa? Są bohaterowie i złoczyńcy...

Nie, nie, nie sądzę. Jest pewna nieprzewidywalność, na przykład jak wtedy, kiedy nie wiesz, czy twój film odniesie sukces, czy nie. Wkładasz w to całego siebie, ale nie wiesz, czy to przyniesie profity. Ale w tej nieprzewidywalności tkwi piękno i sportu i rozrywki. Oczywiście w przypadku złych i dobrych to nie ma zastosowania, inna jest koncepcja produkcyjna. Podobnie i tu, jakąkolwiek opowieść chcesz przedstawić przy pomocy drużyny IPL i tak należy ona do aktorów, czyli krykiecistów. Nie chodzi tu o talent. W dobrym dniu nawet najgorszy gracz może wykonać świetną robotę a w złym, nawet najlepszy sobie nie poradzi. Chyba nie da się tego sprowadzić do porównania z filmem, w którym jest bohater i jest złoczyńca. W końcu to sport. Sport powinien być wolny od pewnych aspektów. Regionalizm, presja zwycięstwa i małe, drobne kontrowersje, które ciągle stawiają zawodników pod lupą. Uważam, że my, Indusi, nie umiemy w pełni cenić sportu. Mówimy tylko o wygrywaniu i przegrywaniu. Jednego dnia zawodnicy są jak bogowie, następnego dnia, wszyscy są złoczyńcami. Kiedy rozmawiam z Souravem Ganguly, mówi tylko, bracie Shah Rukhu, to jest w porządku. Przyjmuje bardzo miło to, co mówię, jest wielkim sportowcem. Nie bierzemy sobie naszych porażek zbyt głęboko do serca, bo następnego dnia możemy wyjść na boisko i wygrać znowu. Trzeba być i bezstronnym i mieć pasję. To świetna kombinacja, której zbyt często się nie spotyka.

Umiesz przegrywać?

Skoro przegrywasz, musisz umieć to robić. Inaczej się nie da. W mojej pracy rzadko ponosiłem porażki, dla mnie więc to wielka szkoła i nauka. Czasami aż się boję, bo jestem tak związany z zespołem, jak z własnymi dziećmi. I czuję się tak samo źle, kiedy moje dzieci nie wygrywają w wyścigu. Nie traktuję tego osobiście, ale czuję się okropnie. To bardzo boli. To chyba też jest potrzebne. Bóg dał mi przez lata tak wiele sukcesów, że teraz pewnie nadszedł czas na doświadczenie także smaku porażki. To sprawia, że uczę się i skromności i tego jak być miłym. Uczę się cierpliwości i rozwiązywania spraw. Uczę się też, że niekoniecznie wszystko, czego dotykamy, zmienia się w złoto. Na szczęście na polu interesów i marketingu wszystko jest złotem. Ale za każdym razem uczę się, że kiedy przychodzi do meczu, wszystko może pójść nie tak. Uczę się, jak nabierać dystansu, zachowując pasję. Nie lubię przegrywać, nie jestem w tym dobry, ale nikt tego nie lubi. Widzisz, rok temu, kiedy budowaliśmy drużynę, mowa była tylko o zwycięstwie. Przekonałem się jednak, że ten zespół uczy mnie, jak przegrywać, ale nie być przegranym. Mecze tego uczą. Zawsze myślałem, że w sporcie chodzi o zwycięstwo. Jutro możesz się obudzić i spróbować znowu. Takie jest życie. Nie liczy się, że przegrywasz, tylko jak to przyjmujesz.

Byłeś wkurzony, kiedy Twoje smsy wysyłane do drużyny przedostały się do prasy?

One były do moich dzieci... a ja nie uważam, że to, co mówię moim dzieciom za zamkniętymi drzwiami powinno wydostawać się na zewnątrz. Mówię do nich. To co mówię może być dobre albo złe. Kiedy rozmawiamy o innych zespołach, to w kontekście, jak ich pokonać. A inne zespoły należą do przyjaciół, jak Preity Kings XI Punjab, Rajastan Royals, czy Mumbai Indians. Oni pewnie też w swoim gronie rozmawiają o nas, ale kiedy wydostaje się to na zewnątrz, wygląda dziwnie, że o przyjaciołach mówimy w ten sposób.

Przejdźmy do przemysłu filmowego. Dogadałeś się ostatnio z Aamirem Khanem. Czy w rzeczywistości porozumieliście się tylko dla dobra Związku Pruducentów?

Bóg jedyny wie, czemu ludzie w to nie wierzą, ale ja ten konflikt zostawiłem już dawno za sobą. Czasami to aż przerażające. Jeśli ktoś powie o mnie jakąś rzecz, dobrą czy złą, naprawdę nie dotyka mnie to w takim stopniu, żebym musiał albo dawać sprostowanie, albo dziękować. Taki się stałem. Mam tyle na głowie, że nie zwracam uwagi na to, co ludzie o mnie mówią czy myślą. Czasami aż się tego boję, bo przestało to mieć dla mnie jakiekolwiek znaczenie. Miło jest, kiedy ludzie są dla mnie mili. Zachowuję się dobrze, jestem dla wszystkich serdeczny i tego samego oczekuję od innych. Chciałbym, żeby wszyscy byli dobrzy dla siebie nawzajem. Ale jeśli tak nie jest, nie zamartwiam się tym dniem i nocą. Aamir jest też otwarty, spotkaliśmy się więc i omówili całą sprawę. Dla mnie wszystko jest w porządku na tym froncie. Nie potrzebuję niczyjej aprobaty ani dezaprobaty. Każdego dnia ktoś cię chwali albo gani. Szczerze, jakoś te sprawy przestały mnie w ogóle dotykać. Ważne jest dla mnie, że ludziom podoba się moja praca, kochają mnie za to, co robię. Ale nie ma żadnego znaczenia, co myślą o mnie osobiście.

Kiedy mówisz coś takiego, wydajesz się być głęboko zraniony.

Nie jestem. Nie znam już samego siebie. Zajęty jestem wieloma sprawami, a to sprawia, że muszę wychodzić poza siebie samego. Nie umiem tego wyjaśnić, może musiałabyś być w mojej sytuacji, żeby to pojąć. Skoro ja sam uważam, że nie mam czasu na próby zrozumienia samego siebie, jak mógłbym spodziewać się, że ktoś inny mnie rozgryzie, pozytywnie, czy negatywnie? Ktoś mi powiedział, zdarzyło ci się tyle rzeczy, że nie masz nawet zasobu słownictwa, czy w ogóle pojęcia na ten temat, żeby wszystko to wyjaśnić. Jeśli nie mam czasu zastanowić się nad zrozumieniem samego siebie, czemu mam go tracić na rozważanie, co myślą o mnie inni? Wielu mnie wychwala, a ja myślę, że to niezasłużenie, ale jest też wielu takich, którzy mnie nie lubią, o tym też myślę, że niezasłużenie. Nie jestem zraniony, yaar, otaczają mnie najpiękniejsi ludzie, moje dzieci, siostra. Poczuję się fatalnie w dniu, w którym to oni powiedzą mi, że zrobiłem coś złego. Moje dzieci kłócą się ze mną o moją fryzurę czy koszule, które noszę. To dla mnie ważniejsze niż usprawiedliwianie tego, co mówi większość. Nie uważam zresztą, żeby mieli złe intencje. Na temat tego, co się o mnie mówi nie czuję ani gniewu, ani euforii, ani urazy. Czy to znaczy, że utraciłem wrażliwość? Czy to znaczy, że żyję w wieży z kości słoniowej i stałem się za bardzo skupiony na sobie? Nie wiem. Jestem po prostu szczery.

Czy Salman Khan jest następny na liście do pojednania?

Nie wiem już, jak to wyjaśnić. Nie wiem, czemu ludzie wciąż mnie o to pytają. Nie jestem niczyim wrogiem i nie będę nikomu się tłumaczył z mojej dobroci lub złego zachowania. Te wyjaśnienia zostawiam dla moich dzieci. Ważniejsze jest, żeby to one wiedziały, czy tato jest zły czy dobry, niż ludzie, którzy mają własne, piękne życie. Wszystkim dobrze życzę. Może jestem zbyt zajęty sobą, ale nie rozmyślam o tych sprawach. Nie zastanawiam się nad innymi ludźmi, myślę tylko o najbliższych.

Wydaje mi się, że to jedynie kwestia zachowania zdrowego rozsądku, bo codziennie wyskakują nowe kontrowersje.

Fajnie jest być na moim miejscu, nie lekceważę żadnych weryfikacji, czy, no wiesz, sprawdzania opcji, jakiemu się mnie standardowo poddaje. To tylko sprawia, że chcę być jeszcze lepszy. Rzeczy takie, jak Shah Rukh powininien głosować, Shah Rukh powinien zrobić to, Shah Rukh powinien zrobić tamto, czemu nie prowadzi drużyny w ten sposób, nie mają już dla mnie znaczenia. Mój ojciec, a nawet Salim Khan (ojciec Salmana – przypisek tłumacza) mówili mi, że jedna tylko rzecz jest stała, to, ze każdy ciągnie za sobą swój cień. Ale w tłumie możesz stracić nawet i to, więc staraj się iść samotnie. Będę szedł sam, takie życie sobie wybieram.

Co sądzisz o gwiazdach angażujących się w kampanie polityczne?

Mam wielu przyjaciół wśród polityków. Lubię ich, ale nie wiem, co robią zawodowo, bo nigdy nie zadałem sobie trudu, żeby się tego dowiedzieć. Zakładam, że robią dobrą robotę, skoro są dobrymi ludźmi. Ale nawet dobry człowiek nie może ci powiedzieć graj dla mnie. Ty możesz być dobrym przyjacielem, czy dobrym człowiekiem, ale ja nie wiem, jak ty pracujesz. Ludzie, którzy się w to angażują albo znają swoich polityków, albo mają powody osobiste. Ale ja czuję, że powinienem się trzymać od tego z daleka.

Mówi się, że próbował cię skaptować obóz Gandhich.

Nie, nie, nie. Nie wiem ile razy będę to jeszcze wyjaśniał, ale my o tym nigdy nie rozmawiamy. Lubię Sonię Gandhi. Widzę w niej w pewien sposób figurę macierzyńską. Mam dla niej masę sympatii. Życzę jej jak najlepiej, ale nie z powodów politycznych. Lubię ją osobiście. Nawet jej nie znam jakoś szczególnie, ale uważam, że język obrazowy, jakiego używa jest wspaniały. Nigdy nie prosili, nakłaniali ani rozmawiali ze mną o wzięciu udziału w kampanii na ich rzecz. Mają ogromne poczucie tego, co wypada. Nie widzę dla siebie miejsca w polityce, przynajmniej nie teraz.

Okay. Jakie jest twoje spojrzenie na przestrzeganie poprawności politycznej? Jak zareagowałeś, kiedy przymuszono cię do wycofania słowa „barber” z tytułu „Billu Barber”?

Widzisz, filmy zaczynają nabierać coraz większego znaczenia. A media stają się coraz bardziej agresywne. Jeżeli przedkładasz jakiś produkt, ludzie mają prawo wglądu w niego w każdy sposób, jaki mają ochotę. Może ci się to podobać, lub możesz się wściekać. Ale uważam, że jest w tym coś nie tak, jeśli ludzie zasłaniając się poprawnością polityczną usuwają słowo "barber". To głupie. Ale poprawność polityczna to coś, z czym trzeba żyć, nie pozbędziemy się jej z naszego kraju ot tak. Może się to podobać, może nie. Mnie się niezbyt podoba. Mówię dowcip, swoją kwestie, czemu to wszystko rozdmuchuje się do nieprawdopodobnych rozmiarów?

Czy – ponieważ robisz tak wiele rzeczy jednocześnie – filmy nie schodzą na dalszy plan?

Rzecz nie w robieniu wielu rzeczy. Mogę robić tysiące rzeczy jednocześnie. To moje operacje sprawiły, wielu rzeczy nie mogę robić. Że na przykład nie mogę kręcić sekwencji tanecznych. Lub przychodzę na wasze Filmare'owe imprezy tylko na chwilę. Jestem szybki i wieloaspektowy, ale operacje mnie wykończyły. A filmy są moim życiem i nigdy nie zejdą na dalszy plan.


Tłumaczenie: Mowilka

© Tekst chroniony prawem autorskim.
    Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
    Więcej informacji w dziale "strona"