w skrócie

autobiografia

wywiady

artykuły

przemówienia

o filmach

Still Reading Khan

mapa wspomnień

co lubi SRK ?

nagrody

inni o SRK

 

Adi napisał scenariusz „RNBDJ” w 12 dni i chciał, żebym w nim zagrał. Zgodziłem się.

Wywiad z 11 grudnia 2008 dla bollywoodhungama.com
Autor: Devansh Patel


Co najlepszego może się przytrafić dziennikarzowi, kiedy w grudniu przylatuje z Londynu do Mumbaju? Udział w przyjęciach ze strony trzeciej (strony w plotkarskich magazynach, relacjonujące imprezy z udziałem gwiazd i opisujące tych, którzy bywają – przypisek tłumaczki)? Jedzenie gorącego, ostrego curry? Pójście na najlepszą w historii imprezę noworoczną? Spotykanie sław na planach zdjęciowych? Ale wyobraź sobie, że dostajesz pewnego ranka sms z tekstem: „Wywiad z SRK jutro o 15.15 w Mannacie. Masz 15 minut”.
Dzwonię do działu PR Yash Raj Films, żeby potwierdzić informację. Potwierdzają. Nierealne marzenie staje się rzeczywistością!

To, co wydarzyło się w ciągu następnych dwudziestu czterech godzin, było jednym z najbardziej satysfakcjonujących doświadczeń dziennikarza piszącego o Bollywood. Za każdym razem, kiedy przybywasz do Mumbaju i przejeżdżasz przez piękną dzielnicę Bandstand, nie możesz wprost oderwać oczu od Mannatu. Dla świata może to i „mannat” (dar – przypisek tłumaczki), ale to prawdziwy „jannat” (raj – przypisek mój). Kto nie chciałby tu mieszkać? Wchodzę do Aneksu Mannatu, nowo wybudowanego wielopiętrowego budynku na tyłach domu. Odbywa się kontrola bezpieczeństwa, sprawdzenie tożsamości i mogę wejść do środka. Całe to sprawdzanie sprawia, że znowu czuję się jak na Heathrow. Wchodzę na drugie piętro, gdzie trzech czy czterech dziennikarzy już czeka w kolejce na spotkanie z „datukiem” Shah Rukhiem Khanem. Nie jest on już tylko królem, jest kimś znacznie, znacznie większym. Jak dla mnie, wygląda jak połączenie ekranowego idola z urodziwym symbolem seksu. Ta właśnie kombinacja od dwóch dekad definiuje jego urok chłopaka z plakatu. Czy gra kochanka w „DDLJ”, czy nauczyciela muzyki w „Mohabbatein”, ma wciąż ten obezwładniający chłopięcy czar. I chętnie poddaje go próbom! W „Chak De! India” nie widzimy SRK, widzimy Kabira Khana, nie – przystojnego amanta, nie dowcipnego asystenta, nawet nie geniusza komizmu. To jest znaczenie, które ma on dla światowej publiczności, talent, który rozwinął w ciągu dwóch dziesięcioleci w branży – a robi to wszystko z zadziwiającą łatwością. Jego piątkowa premiera, „Rab Ne Bana Di Jodi” – mamy nadzieję – podtrzyma tradycję.

Siedzi w czarnym t-shircie z dekoltem w serek i dżinsach, pozuje do zdjęć, wychodzi na taras trzeciego piętra, żeby zdjęcia wyszły bardziej naturalnie, podchodzi, potrząsa moją dłonią i pyta żartem, czy jestem tym samym dziennikarzem, który relacjonował zamachy terrorystyczne dla Observera? „Nie” – odpowiadam. Zamawia dla siebie filiżankę kawy, mówi o gorącej Anushce Sharmie, gorących parathach i o tak wielu innych sprawach, że w rezultacie dostaję najlepszy od lat wywiad z SRK. Jak zauważa, trafiając w samo sedno: „Przyszedłeś zrobić ze mną wywiad mając nadzieję, że będzie on lepszy od twojego ostatniego?”

Nie zaczniemy od ABC, ale od SRK. Powiedz mi więc, co czyni nadzwyczajnego SRK zwyczajnym?

Myślę, że niektórzy ludzie stają się nadzwyczajni, bo ich korzenie są zwyczajne. Nie sądzę, żeby to szło odwrotnie, że nagle wydajesz się być niezwykły, a potem z pokorą i skromnością mówisz o swojej zwyczajności. Przede wszystkim nie wierzę, że jestem nadzwyczajny. Mój przyjaciel i scenarzysta „Chak De! India”, Jaideep Sahni, powiedział mi wczoraj: „Ironia twojego życia polega na tym, że kiedy mówisz ludziom prawdę, uważają, że jesteś albo za skromny, albo zbyt szczery – a to prawda”. Nie widzę nic nadzwyczajnego w tym, co robię. To praca jak każda inna. Budzę się rano, nakładam makijaż i staram się nakręcić jak najlepsze ujęcie. Ty też przychodzisz tu po wywiad i chcesz, żeby był lepszy niż ostatni. To właśnie robię od dwudziestu lat i podobny jestem w tym do bohatera „Rab Ne Bana Di Jodi”.

A to jest dyplomacja czy prostota?

Ja zawsze powtarzam: jestem pracownikiem mitu SRK. Po raz pierwszy zobaczysz teraz tego pracownika, który wyziera zza mitu, Surinder Sahni z „Rab Ne...”, ta postać – to właśnie on, trochę nudny, ciężko pracujący, może niezbyt przystojny, ale to on jest motorem napędzającym mit. To prostota.

Czego Twoim zdaniem trzeba, żeby stworzyć satysfakcjonującą „jodi” (parę)?

Jeśli pytasz o moje doświadczenie, to – przestrzeni. Dać tyle wolności, ile twój partner potrzebuje, ale wciąż wypełniać ją miłością – to jest decydujące. Inne sprawy są bardzo subiektywne. Ilu jest ludzi, tyle potrzeb. Ale generalnie – każdy potrzebuje przestrzeni. Kiedy zaczynam nowy film, mówię wszystkim: „Słuchajcie, ludzie, jest nas tu setka i musimy stworzyć zespół. Jest nas dwóch, reżyser i aktor. Próbujemy zrobić film, ale czy chodzi nam o ten sam film? Czy obaj robimy ten sam film z tego samego powodu? Czy opowiadamy tę historię, żeby zarobić pieniądze, czy dlatego, że chcemy ją opowiedzieć? Jakakolwiek jest przyczyna, powinna być ona taka sama dla nas wszystkich. Wtedy, cokolwiek robisz, jakkolwiek wygląda twoje życie osobiste czy zawodowe, stwarzasz satysfakcjonujący związek.

Jakie idee, wartości czy doświadczenia ty i Aditya dzielicie od roku 2000 do 2008, od „Mohabbatein” do „Rab Ne...”?

Po „DDLJ” zostało nam przeświadczenie, że pokłada się w nas wiele wiary, że mamy potencjał twórczy do zrobienia dobrej rozrywki. To, co staraliśmy się robić przez całe lata, to zapewnić ludziom to, czego, jak sądziliśmy, oczekują. Mówiono nam ciągle, że ludzie chcą oglądać przystojniaka śpiewającego „Tujhe Dekha Toh Yeh Jaana Sanam” w Szwajcarii – i to im dawaliśmy. Nie jest ważne, że ciągle dostarczamy ludziom to, co chcą zobaczyć, pytanie brzmi, czy my możemy dać im to, co my chcemy pokazać i zapytać, czy im się spodoba to, co widzą. To jest ta różnica między „Rab Ne...” a „DDLJ”. Kiedy robiliśmy „DDLJ”, byliśmy bardzo niespokojni. Mieliśmy lamborghini i harleya davidsona ; ale teraz chcemy pokazać mechanizm, który wszystko napędza. Wiarę pokładaną w nas przez widownię wystawiamy na próbę, mówiąc: „Powiedzieliście nam, że nas lubicie, teraz więc pokażemy wam, co nam się podoba, a nie to, co wy podobno lubicie”.

Co więc tym razem chce nam pokazać Adi?

„Rab Ne...” jest wspaniałym filmem rozrywkowym i najzabawniejszym filmem, jaki mógł zrobić Aditya, z prostego powodu, że to nie jest rozrywkowy gość. Nawet podczas kręcenia „DDLJ” to ja wprowadzałem dużą dawkę humoru. Tym razem próbowaliśmy wprowadzić ten sam humor, ale w zwyczajny sposób. Kiedy ludzie jadą za granicę, jedzą kurczaki w KFC i burgery w McDonaldzie albo coś z grilla w innej restauracji. A kiedy po miesiącu czy dwóch wrócą do domu i ktoś poda im gorącą parathę (rodzaj placka z mąki, wody i masła – przypis tłumaczki) i curd (rodzaj gęstego jogurtu – przypis tłumaczki), czują, że to najlepsze jedzenie w ich życiu. „Rab Ne...” to właśnie to, najlepsze, co kiedykolwiek dostałeś.

Rozwijając to, co powiedziałeś o lamborghini, harleyu davidsonie itd... – wszystkie filmy YRF pokazywały zamożnych emigrantów. Od „Chak De! India” natomiast widzimy trend pokazywania życia Indusów z klasy średniej, bliższy temu, co powszechnie znamy. Czy to celowe pociągnięcie, czy coś innego?

To nie tak. W miarę upływu czasu interesują cię inne historie niż kiedyś. Mnie wciąż pociąga film o superbohaterze i wciąż chcę go zrobić, ciągle interesują mnie tak zabawne filmy jak „Om Shanti Om”. Szczerze mówiąc nigdy nie pociągały mnie romanse. Gram w nich, bo przyjaciele naprawdę w nie wierzą i robię to dla nich. Ostatnio bardzo podobał mi się pomysł „Dona”. Jest naprawdę świetny. Kiedy pan Bachchan grał w filmach, były to lata 70 i 80, czas buntu przeciw establishmentowi. Potem nadeszły lata 90, nasza gospodarka się rozwinęła, ludzie zaczęli podróżować, bogacić się, chcieli spełnić marzenia o posiadaniu dużego domu, dużego samochodu, dużej rodziny szczęśliwie osiadłej w Wielkiej Brytanii czy USA. Nastał więc czas filmów takich jak „DDLJ”, który te marzenia spełniał na celuloidzie. A teraz znowu przyszły czasy, kiedy ludzie nie chcą mieć dużego samochodu. Zadowala ich jeżdżenie autobusem. Dziś ludzie chcą potwierdzenia własnego statusu, tego, że kimkolwiek są – są bohaterami.

Ale co ze współczesnymi dziećmi, weźmy choćby... Aryana, czy on czuje twój nadzwyczajny status?

Kiedy próbuję pokazać mojemu synowi Aryanowi współczesnych bohaterów, a nawet bohaterów z naszej mitologii, nie jest tym zainteresowany. Dla dzieci bohater to ktoś, kto jest nadzwyczajny w sposób zwyczajny. Ich bohater nie musi nosić szpanerskich ciuchów. Ale jak długo występuje, tak długo jest ich bohaterem. Na przykład piłkarz Ronaldo jest bohaterem dla dzieciaków, bo jego akcje na boisku są jak występy artystyczne. Nie jest tak, "że bohaterem może być tylko SRK". Bohater to ten, kto dobrze robi to, co robi. Dla Aryana mogę i ja być bohaterem, bo wie, że dobrze wykonuję moją pracę. Wydaje mi się, że zwyczajny człowiek jest bardzo pewien swojego statusu. Ważniejszy staje się cel i sens życia. Mówię moim dzieciom, że nakręciłem „Om Shanti Om”, bo wierzę, że jeśli koniec nie jest dobry, to nie jest to jeszcze koniec.

Jaki jest więc Twój status?

To dziwne, ale ludzie w Malezji znali mój status, kiedy pojechałem tam odebrać mój tytuł szlachecki. Dzierżyli wielkie bannery z napisami: „Człowiek, który lubi dawać uśmiech -datuk Shah Rukh”. Tym właśnie jestem. I będę to robił także przy pomocy „Rab Ne Bana Di Jodi”. A inna rzecz, że płacą mi za to krocie. Ale za swój pierwszy film dostałem pięć tysięcy rupii.

„Chak De! India” zyskał wielkie uznanie i widzów, i krytyków, zwłaszcza za granicą. Myślisz, że i „Rab Ne Bana Di Jodi” podąży tą ścieżką?

Nie wiem, ale sądzę, że film jest zbyt rozrywkowy, żeby krytycy go polubili (śmiech). Sprawia, że śmiejesz się i płaczesz. Mówiąc szczerze, krytycy byli dla mnie bardzo łaskawi, dali mi więcej niż na to zasługuję. Jestem pewien, że osądzą, że i w „Rab Ne...” zagrałem dobrze. Naprawdę wierzę, że „Rab Ne Bana Di Jodi” jest najśmielszym filmem Adityi Chopry. Mam nadzieję, że dostanie swoją nagrodę. Zrobiliśmy ten film, to teraz nasze dziecko, a publiczność musi osądzić, czy on im się podoba, czy nie. To ważny film dla Adiego i dla mnie.

Dziwnie się pracuje z kimś obcym. Spodziewasz się po nim rzeczy niespodziewanych. Jak sobie radziła Anushka Sharma?

Wszystkie te dziewczyny są naprawdę wspaniałe. Żyją w świecie, w którym jest świetny dostęp do informacji, o wiele większy niż w czasach, kiedy ja miałem dwadzieścia lat. Mają dostęp do wiadomości, a razem z tym mają też dostęp do pojęć, o jakich ja nie wiedziałem w ich wieku. Uczyłem się dopiero wielu wyrażeń. Nie wiedziałem, czym jest terroryzm, nie wiedziałem co to jest Internet. Musiałem najpierw zdobyć dostęp do tych informacji, potem się ich uczyłem. Kiedy więc pracujesz z debiutantami tak zdolnymi jak Anushka, dzieje się tak, że oni wypowiadają się w języku, którego ja dopiero muszę się nauczyć. W ciągu ostatnich lat nauczyłem się nie poprawiać ich, bo to ja muszę poprawiać siebie. Kiedy powiedziałem w „DDLJ” kwestię, która brzmi: „Zindagi mein do raaste milte hai, ek sahi, ek galat”, wszyscy mówili mi, że tak pięknie wypowiedziałem te słowa. Nie sądzę, żeby Anushka powiedziała je tak, jak ja to kiedyś zrobiłem. Ale kiedy ona dziś wypowie je po swojemu, będzie to równie piękne. Sądzę, że debiutanci są tak świetnymi aktorami, bo robią wszystko po swojemu. Dziękowałem wczoraj Anushce i jej rodzicom, mówiąc: „Dziękuję, że pozwoliliście mi zrobić coś odmiennego”.

A więc – jak bardzo innym filmem jest „Rab Ne”?

„Rab Ne...” jest bardzo prawdziwy i inny dzięki Anushce bardziej niż dzięki mnie czy Adiemu.

Poza gościnną rolą w „Bhoothnath” „Rab Ne Bana Di Jodi” jest twoją jedyną dużą rolą i filmem w 2008 roku. Czyżby to już wiek dawał o sobie znać – „haule haule” (powoli)?

Nie, to nieprawda. Miałem przez większość roku okropne zamieszanie z datami. Miałem w tym roku kręcić dwa filmy, „Robot” z Shankarem i „Three idiots” z Rajkumarem Hirani, a oba nie wypaliły z powodu różnych problemów. Nagle wszystkie moje terminy się zwolniły. Jeśli dowiaduję się, ot tak, w tej chwili, że nie robię jakiegoś filmu, nie mogę następnego dnia podpisać kolejnego kontraktu, bo ludzie planują moje filmy z wyprzedzeniem. Zacząłem więc robić skromny film z Irrfanem Khanem, pod tytułem „Billu Barber”, który już jest gotowy. Trochę przeciągnąłem prace nad nim, bo „Rab Ne Bana Di Jodi” miał premierę w grudniu. Ten („Billu Barber”) pokażemy w lutym. No i jest też IPL. Kilka miesięcy spędziłem, koncentrując się tylko na tym. Potem znów „My Name Is Khan” musiał być przełożony z powodu amerykańskich terminów i dat. W przyszłym roku będę miał więc trzy filmy. Lecę do Los Angeles 18 grudnia, na zdjęcia do „My Name Is Khan”, i wracam przed premierą „Billu Barber”. Jeśli więc wszystko pójdzie tak, jak jest zaplanowane, zobaczycie mnie w trzech filmach w 2009 roku.

Shah Rukh, podjąłeś ogromny wysiłek, wypracowałeś nowy wygląd, żeby nabrać stylu do filmu zupełnie innego od dotychczasowych. Musiałeś sporo schudnąć, żeby to osiągnąć. Ale po co, co to za różnica?

Nie wiem, po prostu reżyser mnie o to prosił. Każdy, kto chce obecnie ze mną podpisać kontrakt, mówi, że nie chce „SRK”. Chcą, żebym inaczej wyglądał i inaczej grał. Farah Khan zażyczyła sobie ode mnie six-packa do „Dard-E-Disco”. Więc go wypracowałem. Shimit Amin chciał, żebym zapuścił brodę do „Chak De! India”. Zapuściłem. Do „Rab Ne...”musiałem zrzucić parę kilogramów. Nie lubię tego robić, ale to jest moja praca. Teraz Karan Johar chce, żebym miał krótkie włosy i żebym trochę przytył do „My Name Is Khan”. Sam powiedz, czy nie robię wszystkiego, czego ludzie ode mnie chcą.

Szczęśliwy traf gra dużą rolę w życiu każdego. Tak samo było i w twoim, i w moim życiu. Chciałbym zapytać, jak ten szczęśliwy traf działał w „Rab Ne Bana Di Jodi”?

Adi mówi, że ten film stworzył „Rab” (Bóg), a nie traf. Zadzwoniłem do niego i powiedziałem, że powinniśmy chyba odłożyć premierę naszego filmu, bo sytuacja w Mumbaju jest, jaka jest, a on powiedział: „Rab stworzył ten film, a my powinniśmy dać mu się ukazać wtedy, kiedy było to zaplanowane. Niech się dzieje, co ma się dziać, Rab wie, co robi. Ani ja nie planowałem pracować z Adityą Choprą, ani on nie miał zamiaru kręcić filmu. To się po prostu zdarzyło. Zrobiłem „Rab Ne...” tylko dlatego, że film Raju Hiraniego został odwołany. Więc Adi przyszedł do mnie i powiedział, że napisał w dwanaście dni scenariusz filmu i chce, żebym w nim wystąpił. Zgodziłem się i film powstał w czterdzieści siedem dni. „Rab Ne...” jest o dwadzieścia procent lepszy niż to, co planowaliśmy nakręcić. Wszystko w bożych rękach!

W twojej karierze są ludzie, którym ufasz i którzy wydatnie się do niej przyczynili: YFR. Komentarz?

„Rab Ne...” jest naszym siódmym wspólnym filmem. Poprzednich sześć filmów z YRF nigdy nie zawiodło w kategoriach finansowych i pozostało w pamięci widzów. Wszystkie były przez nich kochane. Zaczęło się od „Darr”, na „Chak De! India” skończyło. Teraz jest „Rab Ne...”. Ludzie oskarżają nas, że robimy wciąż takie same filmy. Wątpię, czy tak jest. Popatrz na „Veer Zaara”, „Darr”, „DDLJ” i „Chak De! India”; grałem w nich role sześćdziesięciopięcioletniego mężczyzny, czarnego charakteru, romantycznego bohatera – aż do patriotycznego Kabira Khana. Żeby osiągnąć te cztery wariacje, trzeba się zmieniać i robić coś nowego. Dobrą rzeczą w pracy z YRF jest to, że nigdy nie staraliśmy się robić czegoś na siłę. Zawsze razem próbujemy opowiedzieć historię, która nas urzekła. Dziewięćdziesiąt procent mojego gwiazdorstwa zawdzięczam YRF. Mam nadzieję, że wraz z „Rab Ne...” ta cyfra podskoczy do stu procent.

Czy masz jakieś przesłanie dla wszystkich uroczych par?

Kocham was, życzę wam szczęścia, a wy nie zapominajcie jeść parath i curdu, tak jak wam wcześniej mówiłem. To ostatnie dotyczy zwłaszcza moich fanów za granicą (śmiech).


Tłumaczenie: Mowilka

© Tekst chroniony prawem autorskim.
    Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
    Więcej informacji w dziale "strona"