w skrócie

autobiografia

wywiady

artykuły

przemówienia

o filmach

   - Asoka

   - Devdas

   - Dil Se

   - Dilwale Dulhania Le Jayenge

   - Don

   - Koyla

   - My Name is Khan

   - Om Shanti Om

   - Paheli

   - Rab Ne Bana Di Jodi

   - Swades

   - Veer Zaara

Still Reading Khan

mapa wspomnień

co lubi SRK ?

nagrody

inni o SRK

 

Fragmenty książki opowiadającej o realizacji filmu „Veer Zaara”

„They Said It...”, Yash Raj Films, 2007


Yash Chopra – reżyser i producent

„Dil To Pagal Hai” z 1997 roku był pierwszym kinowym musicalem wytwórni Yash Raj Films i naprawdę – o lata świetlne odległym od tego, czego próbowałem wcześniej. Przesunięcie środka ciężkości w kierunku młodości stało się ewidentne. Pracowałem z bardzo młodą ekipą na prawie każdym polu, nawet muzyka brzmiała inaczej... a po sukcesie filmu i ja dokonałem przejścia w stronę „bycia na czasie.”
Następny miał być film kręcony przez Aditę, który poświęcił mi już kilka lat pomagając przy DTPH. I tak, cała moja energia skierowała się ku produkcji „Mohabbatein,” którego premiera odbyła się w 2000 roku.
Yash Raj okrzepł wtedy już tak, że ważne stało się rozwinięcie skrzydeł i produkowanie większej ilości filmów niż tylko te kręcone przez Adiego i mnie. I tak powstały „Mere Yaar Ki Shaadi Hai,” „Mujhse Dosti Karoge,” „Saathyia,””Hum Tum i „Dhoom,” a ja byłem nieustająco zajęty nadzorowaniem ich produkcji i planami rozwoju firmy. I znów, zanim się obejrzałem, minęło 7 lat od DTPH... a ja nie mogę powiedzieć, że dyrektorska żyłka we mnie nie dawała o sobie znać.
W międzyczasie Adi pracował nad projektami, którymi chciał mnie zainteresować i często omawialiśmy ich realizację, obsadę, w trakcie jego pracy, a to też wymagało czasu.
Pewnego dnia Adi opowiedział mi 3 sceny. Całkowicie nowe i odmienne. Ich wizja zawładnęła mną od pierwszej chwili i natychmiast postanowiłem, że to będzie mój nowy, następny film. I Adi zaczął pracować nad tą nową opowieścią. Te sceny to były sceny otwierające „Veer-Zaara.”
Widziałem ten film bardzo wyraźnie, film z ogromnym rozmachem, osadzonej w indyjskiej kulturze i tradycjach. Bardzo indyjski film, a więc kompletnie odmienny od moich wcześniejszych prób. Film, który wymagał znakomitych twórców.
Na początek odbyłem dwie rozmowy telefoniczne.
Pierwsza była z Rani, którą jasno widziałem w roli Saamyi. Wprowadziłem ją w rolę i w to, że choć na pierwszy rzut oka może się ona wydać drugoplanowa, to w rzeczywistości jest wielka, a ona jest jedyną aktorką, która może jej podołać.
Druga była z Shahrukhiem. Jest on właściwie członkiem rodziny, a ja nie umiem wyobrazić sobie filmu bez niego... I kto inny mógłby zagrać Veera Pratapha Singha?
Nie było nigdy alternatywy dla Shahrukha i Rani.
Obsadzenie roli Zaary wymagało namysłu. Potrzebowałem aktorki, która ma image kompletnie inny niż filmowa Zaara. Musiała zaskoczyć publiczność. Instynktownie chciałem popróbować czegoś nieoczekiwanego. Preity grała dotąd nowoczesne, wyglądające zachodnio bohaterki i miała młodzieńczy wizerunek. Postanowiłem uformować ją na potrzeby filmowej postaci. Wypróbowaliśmy wiele makijaży, kostiumów, biżuterii... wypracowaliśmy taki wygląd Zaary, jaki miałem w głowie. Po trzech testach wiedziałem już, że mam moją Zaarę.
Co do ról Chaudahry Sumera Singha, krzepkiego „Punjab da puttar” (dziecka Punjabu – przypisek tłumaczki) i jego żony z Madrasu, oczywiste było, że są one stworzone dla Amitaji i Hemyji.
Amitji był zawsze dla mnie dobry i łaskawy i nigdy nie kwestionował moich decyzji co do prowadzenia roli. Dowierzał mojemu przeświadczeniu, a ja byłem pewien, że jego występ będzie punktem szczytowym filmu. Oboje, Hemaji i on, bez trudu wywarli wielkie wrażenie na publiczności.
Kiron wydała mi się stworzona do roli matki Zaary, a jej wpływ na film, nawet w kilku scenach, był niezapomniany. Anupam, jak członek rodziny, jest zawsze częścią moich filmów. Ale dopiero kiedy została napisana druga część filmu i finał wiedziałem, że mam rolę odpowiednio godną.
Do roli Shabbo natychmiast pomyślałem o Divyi Dutcie, która zyskała niesamowite uznanie za swój występ.
Reszta obsady wynikała z wymogów scenariusza, a każdy z nich pasował do roli jak ręka do rękawiczki.
Opowieść i scenariusz obejmował szeroką perspektywę 22 lat oraz wymagał stworzenia dwóch odrębnych światów. Jeden z nich to Punjab - obecnie część Indii, drugi – Punjab w Pakistanie. Był to bardzo emocjonalny romans, ponad granicami i podziałami, osadzony w tradycji.
Dla mnie film był także hołdem dla Punjabu, mojej ojczyzny. Nie uznający granic romans osadzony w dwóch różnych krajach, musiał mieć kinematograficzny kontrast, ale równocześnie podskórne poczucie, że i tu i tu jesteśmy jednakowi. Mówimy tym samym językiem, nasiąknęliśmy tą samą kulturą, wartościami, emocjami. To poczucie ukazuje pieśń „Aisa des hai mera.”
Podjęliśmy wszelkie możliwe wysiłki, aby drugą część móc nakręcić w Pakistanie, ale nie otrzymaliśmy wymaganych pozwoleń. Nie miałem wyjścia, Pakistan musieliśmy stworzyć w studio. Dom Zaary, dargah (suficka świątynia, meczet – przypisek tłumaczki za wikipedią) itd, to wszystko były dekoracje. Pan Javed przedstawił mnie pani Nasreen Rahman (Chiini), pakistańskiej damie, która mieszka w Londynie. Przybliżyła nam ona kulturę pakistańskiej arystokracji, ich domy, ubiory, dialekt, cały klimat... Przyniosła nam kasety video z rodzinnych wesel, a my sporo z nich zaadoptowaliśmy. Poprowadziła warsztaty mówienia dla aktorów grających role Pakistańczyków. Najwięcej czasu poświęciła specyficznemu dialektowi Divyi Dutty. Wypadł bardzo przekonująco! Wielu ludzi komplementowało nas za realistyczne odtworzenie Pakistanu, a cała zasługa leży po stronie ekipy technicznej i zespołu, który pracował nad tym aspektem.
Na potrzeby pierwszej części pojechaliśmy do serca Punjabu, na moje rodzinne ziemie. Plan filmu umieściliśmy w prawdziwej wsi, żeby nadać mu autentyczność i tło, jakiego potrzebowałem. Stało się to możliwe dzięki wielkiej pomocy, jaką otrzymaliśmy od rządu Punjabu.
Nad budową planu czuwała po raz kolejny Sharmishta Roy, która wykonała wspaniałą robotę, wyczarowując owe dwa odrębne światy.
Także projektowanie kostiumów wymagało zatrudnienia najlepszych ludzi w branży.
Karan ubrał Shahrukha tak, jak tylko on potrafi!
Manish sprawił, że aktorki grające główne role tak wspaniale czuły się w skórze swoich postaci. Kostiumy z „Veer Zaara naprawdę robiły wrażenie. Mandira Shukla bardzo sprawnie odziała cały drugi plan.
Anil Mehta to doskonały operator, który wykonał tak doskonałą robotę przy „Laagan” i „Kal Ho Naa Ho.” Po raz pierwszy pracowaliśmy wspólnie przy „Veer Zaara.” Było to bardzo miłe doświadczenie.
Jeśli reżyser jest kapitanem statku, to scenariusz jest jego kursem, podstawą. Uważam, że film spoczywa w rękach scenarzysty. Adi przeszedł samego siebie tworząc i opowieść i dialogi. Jego dojrzałość pisarska, nawet przy takim temacie, nie przestaje mnie zadziwiać. Wspominam finałową scenę na sali sądowej, kiedy to Shahrukh miał wygłosić swoją mowę. Aż do dnia kręcenia nie mieliśmy do niej dialogów, co było bardzo nie w stylu Adiego. Niecierpliwiłem się, ale on powtarzał, że pracuje nad czymś niezwykłym. I kiedy nadchodził czas na nią, nagle wszedł, niosąc pamiętny poemat. Szczytowy moment filmu, zagrany przez Shahrukha za jednym podejściem!
Nigdy nie nakręciłbym „Veer Zaara” bez wizji Adiego, jego scenariusza i dialogów.
Najtrudniejszym doświadczeniem podczas kręcenia filmu był wypadek, jakiego doznałem, łamiąc nogę w kostce. To nieszczęście miało miejsce podczas kręcenia piosenki „Aisa des hai mera.” Jednak zdjęcia musiały być kontynuowane, mieliśmy harmonogram do wypełnienia. I tak musiałem radzić sobie przez dwa miesiące na polach Chandigarhu, nad brzegiem Manali, na zboczach Rohtangui w studiu w Mumbaju, znosząc dotkliwy ból i niewygodę. Czułem się naprawdę niepełnosprawny, gdyż nadzorowanie gry aktorów i pracy operatora było trudne, przez kręcenie zdjęć plenerowych wymagających niezliczonych długich ujęć. Pomogło mi oczywiście niezawodne wsparcie mojego syna, Adityi, współproducenta i scenarzysty filmu. Wielką pomocą stała się też współczesna technologia, a przenośna kamera video pozwoliła na komunikację z zespołem.
Jednym z największych wyzwań przy kręceniu „Veer Zaara” było wykreowanie jego muzyki.
Często zmieniałem kompozytorów, od pana Khayyema w „Kabhi Kabhie,” Shiv-Hari w „Silsila” i następnych filmach, po Uttama Singha w „Dil To Pagal Hai.” Jednym z powodów jest to, że poświęcam muzyce wiele uwagi i potrzebuję ekipy, która odda mi cały swój czas, nie mając w tym czasie innych zobowiązań. W końcu to melodie są znakiem rozpoznawczym moich soundtracków.
Przesłuchałem wielu najbardziej znanych współczesnych kompozytorów, i choć doceniam ich talent, ciągle mi czegoś brakowało, nie było charakterystycznego błysku. Potrzebowałem muzyki, która miałaby staroświecki urok, melodię, które przekroczą odległość 22 lat i dwu odmiennych klimatów, Indii i Pakistanu, ale przede wszystkim, która będzie miała duszy i to duszę indyjską.
Pewnego dnia, kiedy jechałem samochodem z Sanjeevem Kohli, dyrektorem naczelnym Yash Raj Films, zwierzyłem mu się z moich obaw, że znajdę kompozytora do mojego filmu. Wspomniał wtedy, że ma on masę taśm z niewykorzystanymi melodiami, które pozostały po jego ojcu, zmarłym kompozytorze Madanie Mohanie. Sanjeev już tyle lat pracował ze mną, a nigdy wcześniej o tym nie wspomniał. Pomyślałem, że pomysł jest intrygujący i poprosiłem o zgodę na posłuchanie wraz z Adim tego materiału. Oczywiście, mieliśmy świadomość, że melodie mogą być już przestarzałe, bo Madanji zmarł 30 lat temu, a niektóre z nich skomponował 50 lat temu! Poprosiliśmy wiec o nagranie wersji demo, abyśmy mogli przekonać się jak będą brzmiały dziś.
Pracował przez miesiąc czy dwa i nagrał nam 30 płyt demo. Nie miał pojęcia, jaka jest idea filmu, jego temat, melodie wybrał więc instynktownie. Na 8 z tych melodii zareagowaliśmy natychmiast i Adi i ja wiedzieliśmy, że jesteśmy na właściwej drodze. Sanjeev powiedział nam, że ma jeszcze piękniejsze melodie, a niektórych taśm nawet jeszcze nie przesłuchał... Ale my już wybraliśmy naszych 8 melodii z pierwszego przesłuchanego zestawu. Zaadaptowaliśmy je, aby pasowały do filmowych sytuacji. To były smutne piosenki, „Des,” czarująca „Main Yahaan Hoon,” ballada „Kyon hawa”...Było tak, jakby Madanji pozostawił te melodie specjalnie, żeby pasowały do scen mojego filmu.
Pewnego dnia stwierdziliśmy, że potrzebujemy krótkiego qawali, które zagrałoby jako część filmu. Na taśmach demo nie znaleźliśmy żadnego qawali. Postanowiliśmy więc użyć jednego z wcześniej odrzuconych. Kiedy Sanjeev usłyszał o tym, poprosił mnie, żebym posłuchał jeszcze innych nieznanych dotąd melodii jego ojca. Następnego dnia przyniósł mi 6 różnych qawali... naprawdę, było tak, jakby Madanji pisał je specjalnie dla mnie! Takie było przeznaczenie – człowiek, który skomponował nieśmiertelne ścieżki dźwiękowe do „Heer Ranjha” i „Lajla Manju” miał wrócić po 30 latach, muzyką do „Veer Zaara”!
Należało podjąć trudną decyzję, kto zaaranżuje muzykę, kto będzie nadzorował projekt, kto skomponuje muzykę ilustracyjną.
Mieliśmy z kogo wybierać. Oczywistym kandydatem był Uttam Singh, znakomity aranżer i wielbiciel Madanaji. Każdy z kompozytorów z chęcią podjąłby się takiego zadania. Ale Adi i ja instynktownie czuliśmy, że muzyka, którą mieliśmy na demo ma niezwykły charakter, świeże podejście, więc podjęliśmy niezwykłą decyzję, żeby powierzyć zadanie Sanjeevowi, bo czuliśmy , że on tę muzykę ma w genach. Żył wśród niej przez lata i mógł przywołać ja na nowo z oddaniem dla ojca, rozumiejąc każdy niuans lepiej niż jakikolwiek uznany kompozytor czy aranżer.
Logicznym kolejnym krokiem było napisanie tekstów piosenek. Temat filmu i melodie wymagały najlepszego z najlepszych. Wcześniej zawsze pracowałem z panem Sahirem i panem Bakshi, ale obaj już nie żyli. Zaprosiłem pana Javeda, żeby napisał teksty i zaczęliśmy pracować razem po bardzo długiej przerwie, pierwszy raz od „Silsila!” Naprawdę, pan Javed oddał mi co najlepsze ze swojego talentu. „Tere liye” jest jedną z najlepiej napisanych piosenek, jakie kiedykolwiek powstały.
Począwszy od „Daag,” Lataji była główną śpiewaczką w moich filmach. Jest głosem Indii. Bez jej głosu nigdy nie reżyserowałem filmu. Madanji i Lataji wykreowali historię przez wspólne piosenki. Ja traktuję ją jak straszą siostrę, a dla Sanjeeva jest jak matka. Wielkim wyzwaniem dla nas bylo nakłonienie jej do zaśpiewania znowu do melodii Madanaji. Po raz ostatni pracowali razem przy hicie „Lajla Manju”w 1979, a teraz, 30 lat później, w wieku 76 lat, miała znów śpiewać piosenki ulubionego kompozytora. Niektóre z tych piosenek słyszała jeszcze w jego wykonaniu.
Byłem nieugięty w tym względzie – tylko Lataji miała śpiewać partie kobiece, wiedziałem, że jeśli zdoła to zrobić, przejdzie do historii. Tak więc mimo jej kruchego zdrowia wytrwała i nagrała piosenki. Pamiętam, że kiedy pierwszego dnia przyszła do studia, płakała jak dziecko, pokonana przez emocje. Tylko ona mogła w pełni zrozumieć ten historyczny moment.
Jeszcze dziś, gdy słyszę pierwsze takty „Tere Liye”, jestem poruszony! Ta piosenka pozostanie ponadczasowa.
Aż do końca film nie miał tytułu, Było to powodem wielu spekulacji. Padało wiele propozycji, łącznie z „Yeh Kahaan Aa Gaye Hum,” Zrobiliśmy nawet adekwatną do niego piosenkę, „Yeh Hum Aa Gaye Hain Kahaan,” opartą o melodię Madanaji (ta piosenka została usunięta w ostatecznym montażu, jako że spowalniała akcję scen sądowych. Bardzo trudna decyzja – to była jedna z naszych ulubionych melodii!!)
Postanowiliśmy zatytułować film, kiedy zobaczymy gotowe dzieło. A wtedy poczuliśmy, że stworzyliśmy nową legendę o miłości, a więc zgodnie z tradycją „Heer Ranjha,” „Laila Manju,” „Sohni Mahiwal,” nie mogło być lepszego tytułu niż „Veer Zaara”. Dwoje kochanków z legendy.
Za Veer Zaara otrzymałem mnóstwo pochwał i nagród, łącznie z National Award. Ale wiedziałem też, że moim filmem poruszyłem wiele serc, kiedy zobaczyłem łzy w oczach Niemców podczas Berlińskiego Festiwalu Filmowego, szlochających Holendrów na festiwalu w Amsterdamie, a tłum w Paryżu oszalał, kiedy odbywała się francuska premiera filmu. „Veer Zaara” podobał się na całym świecie, a najbardziej chyba za granicą.
Jestem niesłychanie wdzięczny fanom, którzy byli tak szczodrzy w zachwytach i dla całego zespołu, który dzielił ze mną trudy nakręcenia filmu.
W głębi serca wiem, że temu filmowi oddałem to, co we mnie najlepsze, zawarłem w nim mój hołd dla Punjabu i humanitaryzmu. Miłość przekracza wszelkie granice, a romans będzie dla mnie zawsze najważniejszy.


Aditya Chopra – scenarzysta i producent

Jak tu napisać scenariusz filmowy dla kogoś, kto kręci filmy od ponad czterdziestu pięciu lat, zmagał się z praktycznie każdym gatunkiem i opowiadał swoje historie praktycznie każdemu pokoleniu od lat sześćdziesiątych? To było pierwsze, o co zapytałem samego siebie, kiedy zacząłem myśleć o napisaniu czegoś dla Taty. Te pomysł przerażał mnie i kusił równocześnie. Mieliśmy nowe millenium, nowe stulecie, mieliśmy nowych filmowców robiących inne filmy. Tato zawsze kręcił obrazy, które o krok wyprzedzały swoje czasy , ale ja chciałem zabrać go w przeszłość, do jego korzeni. Chciałem napisać coś, co zabierze go od nowoczesnego olśniewającego świata, w którym czuł się swobodnie, coś co odwoła się do tej części jego osobowości, w której jest prostym Punjabczykiem, coś z dawnego świata, coś co będzie opowiadało o miłości, bólu i honorze takich, jakich już dziś nie ma, coś, co w dzisiejszych czasach mógł zrobić tylko on.
Zacząłem pisać nie mówiąc mu, o co chodzi; kiedy pierwszych piętnaście scen było gotowych, opowiedziałem mu je. Początkowo był zaskoczony, potem zaintrygowany, ale kiedy już kończyłem podjął decyzję – to będzie jego następny film.
Nie wiedziałem, że pisanie scenariusza tego filmu będzie najtrudniejszym zadaniem mojego życia. Do tej pory pisałem o młodych ludziach we współczesnym otoczeniu, coś, co mi łatwo przychodziło. Ale to miała być rzecz o ludziach dojrzałych, dwóch skłóconych krajach, dwu drażliwych religiach, miała być wieś, dom, sala sądowa i więzienie. Czy ja się nie porwałem na coś ponad moje możliwości? Czy ja nie zrobię z siebie głupka? Te pytania ścigały mnie każdego dnia pisania. Jedną z pierwszych rzeczy, jakie musiałem w sobie zmienić podczas pracy było to, że musiałem myśleć od początku w hindi. Dotąd każdy każdy scenariusz tworzyłem po angielsku, a potem tłumaczyłem dialogi na hindi. To pewnie dlatego, że angielski jest językiem, w którym myślę i ponieważ moi bohaterowie także byli współcześni i nowocześni i także w ten sposób myśleli. Ale tutaj pierwszym językiem każdego bohatera było hindi i urdu i jeśli chciałem, żeby brzmieli prawdziwie, musiałem zacząć myśleć jak oni, przestać myśleć po angielsku i od samego początku zapisywać każdy dialog w urdu lub hindi.
Powoli i w bólach napisałem dwie trzecie filmu i wtedy to się stało – biała plama. Dokończyłem, jedna po drugiej, wszystkie retrospektywy Veera, on skończył opowiadać Saamiy swą historię, ona heroicznie przyrzekła wydobyć go z więzienia i odesłać do kraju, oraz dramatycznie wyszła zwolnionym tempie i... nic. Nie miałem pojęcia, co wymyślić dalej, jak poprowadzić opowieść i co on ma zrobić? Jak uwolni go z więzienia? Nie miałem pojęcia. Wiedziałem tylko, że na koniec okaże się, że Zaara żyje, mieszka w jego wsi i że w jakiś sposób pojawi się w sądzie i dowiedzie jego niewinności, ale nie miałem pojęcia, jak dokładnie do tego dojdzie. Zaczęliśmy więc zdjęcia nie mając gotowego scenariusza (to też była dla mnie nowość) a ja pisałem, kiedy już kręcono film.
Jednak najtrudniejszą dla mnie częścią była finałowa mowa, jaką Veer wygłasza w sądzie. Już zaczęły się zdjęcia na planie sali sądowej, mowa była zaplanowana na dwa ostatnie dni, czyli za tydzień, a ja wciąż nie miałem jej tekstu. Za każdym razem kiedy się do tego zabierałem, nienawidziłem każdego słowa i wciąż myślałem, dlaczego publiczność po trzech godzinach oglądania filmu, ma być zainteresowana mową słowami starego człowieka? Nagle dwie noce przed kręceniem tego ujęcia wpadło mi do głowy, - a co by było, gdyby to nie była mowa? A gdyby to był poemat? Poemat, który on sobie układał podczas 22 lat patrzenia w więzienne okno. Następnego dnia Tato i ja jechaliśmy razem na plan a on zapytał mnie po raz kolejny, kiedy dostanie to przemówienie. Kiedy powiedziałem, że to nie mowa, tylko poemat, umilkł. Zacytowałem mu pierwszą zwrotkę, bo tyle wtedy miałem, a jemu spodobała się bezwarunkowo. Poczułem ulgę, bo nigdy wcześniej nie pisałem poezji, a jego reakcja dała mi pewność, że jestem na dobrej drodze i powinienem kontynuować. Inna rzecz, że dokończyłem tekst na godzinę przed nakręceniem sceny. Właściwie to cyzelowałem ostatnią zwrotkę, kiedy oni kręcili już pierwszą. Kiedy jednak dziś o tym myślę, to wiem, że to była najlepsze z całej historii tworzenia do tego filmu. „Veer Zaara” to scenariusz, z którego jestem najbardziej dumny, scenariusz, w którym znajduję najmniej błędów, to moje najszlachetniejsze postaci, najlepsze dialogi. Zawsze chciałem, żeby „Veer Zaara” był jednym z moich specjalnych dzieł i osobiście tak czuję, ale chciałem też, żeby i inni tak poczuli, a co najważniejsze – żeby tak uważał mój Tato.
Premiera filmu odbyła się i stał się on największym sukcesem i najlepiej przyjętym przez krytyków filmem roku, wygrywając wszystkie doroczne nagrody dla najlepszego filmu. Kilka miesięcy później jadłem obiad z rodzicami w domu i od niechcenia zapytałem Tatę, jaki film lubi najbardziej spośród tych, które wyreżyserował przez czterdzieści pięć lat. Powiedział, bardzo długo był to „Lamkhe,” ale teraz twórczo jestem najbardziej zadowolony i dumny z „Veer Zaara.” I ja poczułem się bardzo dumny, że udało mi się napisać coś takiego. Uśmiechnąłem się i wróciłem do jedzenia, a rodzice nie wiedzieli, że właśnie wygrałem największą nagrodę życia. Byłem scenarzystą ulubionego filmu Yasha Chopry w całej jego karierze, dla mnie to jest i będzie największe osiągnięcie.


Tłumaczenie: Mowilka

© Tekst chroniony prawem autorskim.
    Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
    Więcej informacji w dziale "strona"

>> przeczytaj o filmie w dziale filmografia
>> zobacz galerię zdjęć z filmu