w skrócie

autobiografia

wywiady

artykuły

przemówienia

o filmach

Still Reading Khan

mapa wspomnień

co lubi SRK ?

nagrody

inni o SRK

 

Wiele twarzy Shah Rukha Khana

Artykuł z Zee Premiere, w którym SRK opowiada o swoich rolach, grudzień 1998 roku
Autor: Roshmila Bahttacharya


Shah Rukh Khan jest aktorem, dla którego Raj, Rahul i Manu są równie realni jak on sam. Kibicuje im, wczuwa się w ich problemy, czasami jest przez nich sterroryzowany. Każdy detal ich osobowości jest przemyślany, każda emocja głęboko przeżywana, w każdym jest coś z niego samego lub z ludzi, których kocha. Być może dlatego każda postać, którą gra, jest tak wiarygodna. On nie odgrywa swoich ról, on je przeżywa. Dla niego jego bohaterowie mają przeszłość, dzień dzisiejszy i przyszłość. I nie umierają po skończeniu filmu, lecz żyją w wyobraźni.
Snuje wizje życia małżeńskiego Raja i Simran, martwi się o Rahula i jego problemy przedstawiciela klasy średniej, obawia się, że Ganga znudzi się anielskim Arjunem i opuści go. Siedząc w jego wygodnej przyczepie prosimy go, żeby ożywił dla nas niektóre z tych postaci, podzielił się z nami momentami z ich życia. „Pewnie” – zgadza się chętnie, bez chwili zastanowienia. Nie musi się zastanawiać. Oni są nim.
Odkryjmy więc człowieka i jego wiele twarzy...

Dil Se

„Mój bohater z tego filmu to taki najzwyczajniejszy mężczyzna. To dziennikarz, wyróżniający się z tłumu tylko dlatego, że to ja go grałem, człowiek, którego ojciec był żołnierzem, dziadek walczył o wolność, a mimo to on sam nie jest czystej wody patriotą. Kocha oczywiście Indie, ale gdyby mu pozostawiono wybór, nie oddałby życia za kraj. Jest takim szarym bohaterem codziennego dnia, nie jest odważny z przekonania, a tylko dlatego, że nie ma wyboru.
Film Maniego Ratnama przypomina mi historię, którą słyszałem dawno temu. Rząd USA właśnie zwodował łódź podwodną wyładowaną ekwipunkiem wartym miliony dolarów. Rosja chciała ją zatopić, ale Amerykanie byli zdecydowani do tego nie dopuścić. Na pokładzie był rekrut, którego zadaniem było sprawdzać, czy klapa łodzi podwodnej jest szczelnie zamknięta. Kapitan łodzi wezwał go tuż przed pierwszym rejsem i włożył wiele wysiłku w wyłuszczenie mu, jak ważne jest jego zadanie. Podkreślał wartość wyposażenia, naciski polityczne i wagę misji, którą mają wypełnić. „Teraz rozumiesz, synu, czemu musisz się upewniać, czy właz jest zamknięty jak należy?” – zapytał go na koniec przemowy. Rekrut przytaknął. „Yes, sir, rozumiem. Jestem na jej pokładzie i jeżeli nie domknę włazu, sam pójdę na dno”. Taki jest właśnie patriotyzm zwykłego człowieka, o którym mówimy w filmie.

Kuch Kuch Hota hai

Po raz pierwszy grałem ojca, trzydziestoletniego ojca z ośmioletnią córką. Kiedy trzymałem niemowlę w ramionach, myślałem o tym, jak mój syn Aryan pojawił się na świecie. Oczywiście historia mojej miłości miała o wiele szczęśliwsze zakończenie. W filmie wiem, że moja żona umrze. Stoję obok, patrząc bezradnie, jak wymyka mi się z rąk. Szepcze: „Czy przyrzekniesz mi coś?” A ja nie jestem bohaterem. Odmawiam udzielenia jej jakiejkolwiek pociechy. Chcę ją skrzywdzić, mając nadzieję, że taka zraniona może mnie nie opuści. Ta scena jest wzięta wprost z mojego życia (w „King of Bollywood” opisana jest podobna, prawdziwa scena. Shah Rukh próbował powstrzymać śmierć matki mówiąc jej, że jeśli ona umrze, on się stoczy, nie zrobi kariery, nie zajmie się siostrą. Wierzył, że umierają tylko szczęśliwi ludzie – przypisek tłumacza). W „Kuch Kuch...” po raz pierwszy grałem tatę. Ale ten tato był inny niż tato Aryana. Przypominał raczej mojego ojca. Był chyba doroślejszy. Może kiedy Aryan będzie miał osiem lat, ja też stanę się taki...

Duplicate

Nigdy nie męczyło mnie megalomańskie pragnienie, żeby zagrać podwójną rolę. Wiem, że panuje powszechne przekonanie, że gdzieś tam w świecie każdy ma sobowtóra. Ja w to nie wierzę. Kiedy zaproponowano mi podwójną rolę, powiedziałem sobie, że jeśli mam grać dwie postaci wyglądające identycznie, a są one na skrajnych biegunach, jak chodzi o charaktery, muszę logikę odłożyć na bok. I tak „Duplicate” odżegnuje się od wszelkiej logiki.
Nastój filmu jest szalony, slapstickowy, uwodzicielski, wciągający. To jest jak karykaturalny komiks, ożywiony film rysunkowy, indyjska wersja „Maski”. To Babloo, dobry chłopiec, a nie Manu, zły, ustanawiał nastrój filmu i zmuszał wszystkich, żeby działali równie głupio jak on sam. Kiedy dawał klapsa swojej dziewczynie, ona mu oddawała, a kiedy w połowie piosenki nagle wskakiwał na drzewo, przestawała na niego patrzeć.
Babloo to duże dziecko. W jego towarzystwie wszyscy zaczynają zachowywać się, jakby mieli po dziesięć lat. Juhi, Sonali i pani Faridzie nie było łatwo wejść w taki klimat, ale kiedy zobaczyły, jak ja się wygłupiam, chwyciły klimat zabawy. Dorosłym nie jest łatwo wejść w skórę dzieci. Najłatwiej było mnie, bo – tak myślę – wciąż jestem dzieckiem.
Babloo był hołdem dla moich ulubionych komików, od Jima Carreya, Jerry'ego Lewisa i Charliego Chaplina po Kishore'a Kumara, Mehmooda, Johnny'ego Levera i Keshto Mukherjee. Początkowo chcieliśmy zrobić to w stylu Rampur kontra Lakshman. Idiota i prostaczek. Prawdziwy gaonwallah. Ale to ja nie chciałem, żeby bohaterowie byli rozróżniani tylko na podstawie wyglądu fizycznego i odmiennych kostiumów. Postanowiłem, że to mój sposób gry sprawi, że będą wyglądać jak dwaj różni ludzi o tych samych rysach twarzy. Chwilami zmieniałem się z jednego w drugiego w 20 minut. Musiałem tylko spłukać żel z włosów, wypiąć brzuch i pośladki, wydąć usta i powiedzieć: „Jhappi?” Króciutka scena pogodzenia się z Juhi w damskiej toalecie to jeden z najlepszych momentów w całym filmie. „Ladna jhagadna” był niezwykle „czepliwym” kawałkiem. Wszystkie piosenki były ładne. A skoro był to komediowy film, nawet romantyczna „Kathai aankhonwali”, która powinna stać się kolejną wersją „Ek ladki ko dekha”, była zabawna.
Babloo jest głuptasem, ale jest w nim wrodzony spryt, bystrość umysłu, która sprawia, że taka piękna, wykształcona dziewczyna, jak Sonia, zakochuje się w nim. I to dzięki niej może on przechytrzyć i pogrążyć Manu, który uwierzy, że to kompletny idiota.
Manu to wąż, podstępny i cichy. Babloo jest klaunem, wariackim i kochanym. Obaj są fatalnymi aktorami. To usprawiedliwia ich okropną, przejaskrawioną grę. Manu wstydzi się strasznie udawania Babloo. A Babloo jako Manu jest mało przekonujący. Nie każdy to zrozumiał. Ten film kochają ludzie, którzy odłożyli logikę na bok i po prostu cieszyli się jego komizmem. Ci, którzy zastanawiają się, jakim sposobem oczy mogą wyjść z oczodołów, nie znoszą go. Kiedy narzekają, mówię im: „Hej, a gdzie twoje wewnętrzne dziecko?” Ale cóż, nie każdemu podobał się „Ace Ventura”, a Charlie Chaplin nigdy nie dostał Oscara.
„Duplicate” to film dla dzieci. Jeśli im się podoba, to ja się cieszę. Co z tego, że nie był hitem finansowym. Został sprzedany do dystrybucji za niewielką cenę i jego koszty się zwrócą, a jest to jeden z filmów, które z dziką radością pokażę mojemu synowi.
Czy Manu musiał umrzeć? Oczywiście, bo był złym facetem. Zabijał ludzi. I to wyłącznie Lily Długie Nogi musiała pociągnąć za spust. Wszyscy pozostali byli pozytywnymi bohaterami, a dobrzy nigdy nie zabijają. Zrobiłem karierę, grając złych, ale we wszystkich moich filmach możecie zauważyć, że jeśli ktoś zabija, sam musi zginąć. Taka jest sprawiedliwość.

Dil To Pagal Hai

W tym filmie, muszę to wyznać, moje partnerki, Madhuri i Karisma, był o wiele lepsze ode mnie i tylko ich miłość sprawiła, że Rahul pozostał w ludzkiej pamięci. Gdzieś w głębi serca uważam, że każdy chłopak jest jak Rahul, zachowuje się nie jak umierający z miłości Devdas, ale jak pełen życia Rahul. Kiedy Pooja mówi mu, że zrywa z nim, on nie jest smutny. Jest zły... wkurzony. I jest gorzko sarkastyczny. „Powiedz mi tylko raz, że mnie nigdy nie kochałaś...”.
Jest taka scena w filmie, kiedy Akshay przerywa próbę, żeby zabrać narzeczoną na lunch. Dla Pooji to niezwykle niezręczna chwila, a Rahul, zamiast jej to ułatwić, robi się maksymalnie podły. To właśnie tak zachowuje się każdy Romeo w realnym świecie. Kiedy Pooja wraca, pojawia się błysk nadziei. Może wróciła, żeby przeprosić? Może odwołała zaręczyny? Może nie odejdzie? Ale ona wraca tylko po torebkę, której zapomniała. Chwilowa nadzieja wyzwala gniew i nadaktywność. „Babloo, włączyłeś światła? Skończmy próbę!” Wszyscy wiedzą, że Rahul w środku umiera, ale nigdy się do tego nie przyzna... nawet przed samym sobą.
Mam przyjaciół, którzy mi go przypominają. Kiedy uświadamiają sobie, ze tracą kogoś, kogo kochają, reagują, jak on. „Ty suko, powiedz, że mnie nigdy nie kochałaś, powiedz choć raz”. Nieważne, że to ją rani... i sprawia, że czuje się winna. Może, jeśli poczuje się winna, nie odejdzie.
Rahul jest postacią bardzo realną, ale co dziwne, film taki nie jest. To marzenie wykreowane przez Yasha Choprę. To nie jest świat, w jakim żyjemy, tylko taki, w jakim chcielibyśmy żyć. Wiele osób pytało mnie: „Hej, skąd są ci ludzie i dokąd idą? Gdzie mieszkają?” Rahul Yasha Chopry nie jest jak Rahul Aziza Mirzy. Nie ma codziennych zmartwień, jak debet na koncie i problemy z szefem. Nawet nie ubiera się ani nie wygląda, jak reżyser sztuki teatralnej, choć jest w nim trochę intensywnego, pełnego gniewu, kochanego Yasha-ji i trochę Adiego (Adityi Chopry) w sposobie, w jaki stoi z szeroko rozstawionymi nogami, jakby prawie robił szpagat. Ale nie przypomina on mnie. Gdybym kiedykolwiek został reżyserem, zmieniłbym się w tyrana. Nie byłoby żadnych przerw na lunch, żadnych długich pikników. Pewnie moje aktorki trzymałbym w studio pod kluczem, żeby nawet nie myślały o wychodzeniu do domu.
Jedynym problemem w życiu Rahukla jest miłość, a ona nie robi z niego lepszego człowieka, robi z niego prawdziwego kundla. Rani Pooję... i rani Nishę. Żadnej z dziewcząt nie przeprasza. Nakręciliśmy taką scenę, w której odprowadzam Nishę na lotnisko i mówię jej „Przepraszam”. Później postanowiliśmy ją usunąć, bo zdaliśmy sobie sprawę, że Rahul nigdy nie przeprosiłby.
Jedną z moich ulubionych scen jest ta po przyjęciu, kiedy Rahul wabi Pooję, żeby podeszła bliżej: „Paas, aur paas...” Dla mnie jako aktora była to magiczna chwila. Myślę, że dla Madhuri też, bo kiedy powiedziano nam, że ujęcie się udało, przytuliliśmy się do siebie bardzo mocno.
Madhuri to wspaniała partnerka. Ja jestem okropnym tancerzem, a ona jest fantastyczna. Ale ile razy miałem kłopoty z zatańczeniem moich kroków, ona udawała, że dla niej też są one trudne i to dlatego tak długo trwa kręcenie ujęcia. To jest najmilsze, co może zrobić dziewczyna!

Dilwale Dulhania Le Jayenge

Raj naprawdę przypomina mnie. Zawsze świetnie się bawi, nawet kiedy musi walczyć o swoją miłość. Nigdy nie traci poczucia humoru i nadziei, nawet w najczarniejszych momentach. Jest chłopakiem do naśladowania. Odmawia ucieczki z dziewczyną, nawet kiedy jej matka błaga go, żeby to zrobił. „Nie będę wykradał Simran. Jej ojciec mi ją odda” – mówi jej. Nawet kiedy na stacji czeka na pociąg, wciąż zapewnia ojca: „Ona przyjdzie”. I przychodzi.
To mi przypomina czasy, kiedy romansowałem z Gauri. Mieliśmy także masę rodzinnych problemów do rozwiązania. Ale jak Raj, odmówiłem ucieczki z nią. I ostatecznie mogłem zabrać moją pannę młodą z błogosławieństwem jej rodziny.
Raj to chłopak, którego wszyscy kochają, ale nie robi to z niego słabeusza. Jest łebski, rozsądny i świetnie się bawi. Mój ojciec określał takich chłopaków słowem „harami”. Ale Raj nie jest jakimś draniem czy łobuzem. Mój wujek, Brahmachari, był identyczny. Raj zawala szkołę, unika pracy w ojcowskiej firmie, rozbija się z przyjaciółmi, pijąc piwo zdrowo po północy, a i tak kochają go i dziewczyny, i ich rodziny. To typowy yuppie lat 90. Wiem, że mój syn wyrośnie na takiego Raja, jeśli tylko nie będzie brał narkotyków. Będzie się rozbijał motocyklem, obleje egzaminy i w wieku lat 16 nie będzie już prawiczkiem.
Zrobiłem z Raja trochę błazna, inaczej byłby takim wzorcowym, mdląco dobrym chłopcem. A tak został nieszkodliwym „harami”. W przeciwieństwie do Rahula, nikogo nie rani, a jeśli czuje, że skrzywdził Mandirę, jest mu przykro. Tutaj także nakręciliśmy scenę, w której ją przeprasza, ale potem uznaliśmy, że zabrzmiało to zbyt protekcjonalnie.
Raj ma naprawdę odważne serce. Mogę go sobie bez trudu wyobrazić z Simran, starzejących się razem. Wciąż w sobie zakochanych. Wciąż mających mnóstwo zabawy.

Pardes

Arjun to wzorcowy bohater pozytywny lat 60 i 70. Raczej męczyłby się w latach 90. Jest zbyt święty, zbyt prostolinijny. Arjun kapłan. Może dlatego tak trudno jest mi się z nim identyfikować.
Jest inteligentny, ma bardzo jasno wytyczone cele i kocha Gangę. Ale nie sądzę, żeby dobrze się razem bawili. Pewnie będzie ją zabierał do kina, może do parku, ale nigdy w życiu nie wyskoczy w nocy na piwo ani nie będzie uśmiechał się do księżyca. Będą mieli gromadkę dzieci, a on będzie wciąż siedział w studiu nagraniowym i stanie się bardzo nudnym mężem. A w końcu, kto wie, Ganga zmęczy się ciągłym czekaniem na niego i odejdzie.
Raj jest ciągle chłopcem, Arjun to postać prawie ojcowska. Różnicę między nimi widać najbardziej po sposobie, w jaki traktują swoje dziewczyny. Dla Raja Simran to przyjaciółka, z którą może się świetnie bawić. Dla Arjuna Ganga jest małą dziewczynką, która mogłaby być jego córką, którą chce otoczyć opieką, chronić przed całym światem i jego złoczyńcami.
Sądzę, że różnica między Arjunem i Rajem wypływa z faktu, że Arjun jest biedny, a Raj bogaty. Arjun nie zawala egzaminów, bo wie, ze dla niego to jedyna szansa na awans i wybicie się. On uczy się bardzo pilnie. I przez całe życie będzie wdzięczny Amrishowi Puri za wprowadzenie go do złotego miasta. Kocha Gangę i chce ją poślubić. Ale kocha także Amrisha Puri i byłby równie szczęśliwy, gdyby poślubiła ona jego syna, jeśli by to miało uszczęśliwić Amrisha Puri.
Jest jedna scena, w której autentycznie lubię Arjuna, kiedy na lotnisku Ganga uświadamia sobie, że on nie leci z nimi do USA. „Opuszczasz mnie” – skarży się. Arjun patrzy na nią przeciągle, a potem mówi cicho: „Nie” i odchodzi.
Kiedy zaczynaliśmy zdjęcia, Arjun był całkiem inną postacią. Był bardzo współczesnym, modnym tancerzem break dance, z małym kucykiem. Amerykańskim yuppie z sercem Hindusa. Był takim mężczyzną, że dziewczyna z Agry, widząc go po raz pierwszy, mówi „Chhee...”. Oczywiście potem okazuje się zupełnie inny. Prawie jak Wielki Brat Ram. Wolałbym raczej być Lakhanem.

Yes Boss

Rahul z „Yes Boss”, mimo że się dużo uśmiecha i śpiewa piosenki, jest bardzo smutną postacią. W jednym momencie w filmie przyznaje, że to okoliczności zrobiły z niego „chidchida”. Trudno jest być chłopakiem z klasy średniej, ciągle na krawędzi, wciąż w rozdarciu pomiędzy różnymi wyborami. Nawet pójście na randkę jest naznaczone napięciem. Gdyby był „tapori” (drobny gangster – przypisek tłumacza) z „Ram Jaane” albo „Rangeeli”, zabrałby dziewczynę do McDonalda na frytki. Jeśli byłby Tatą albo Brilą (wielcy indyjscy przemysłowcy – przypisek tłumacza), musiałby tylko wybrać, czy iść do Zodiac Grill, czy Trattorii, i zdecydować, czy zamówić wino, czy szampana. Ale Rahul godzinami musi rozważać, czy mają pójść do kina, czy do teatru. Zaprosić na lunch czy herbatę? A może lunch będzie za drogi? W której restauracji? A może jednak zamiast tego herbata i samosy? Może skończyć się to tak, że w ogóle jej nigdzie nie zaprosi, a jeśli już, to przez cały czas będzie tak spięty, że nie będzie miał z tego żadnej przyjemności. Kiedy wciąż nie masz pieniędzy, a bardzo starasz się nadążyć, to życie robi jest naprawdę uciążliwe.
Rahul to mój najsmutniejszy bohater. Jest trochę jak klaun – zabawny, ale smutny. Ani król, ani sługa. Ubogi chłopak tak zaprzątnięty martwieniem się, czy będzie w stanie dać dziewczynie dom i mercedesa, ze zapomni poprosić ją o rękę. A może będzie zbyt przerażony, żeby ją poprosić, bo nie jest dość zamożny, przystojny, wykształcony. Niektórzy uważają, że on zachowuje się jak sutener. Ja go tak nie postrzegam. Widzę w nim człowieka stającego przed straszliwym wyborem – praca czy ukochana dziewczyna? Ilu mężczyzn w jego sytuacji wybierze dziewczynę?
Zawsze usiłuję sobie wyobrazić, co będzie z moim bohaterem potem, kiedy film już się skończy. Widzę Rahula w domu, gawędzącego z dzieckiem. „Wiesz, synu, gdybym się nie ożenił z mamą, może miałbym teraz własną agencję, a ona byłaby żoną milionera. Oczywiście dobrze nam ze sobą, ale gdybyśmy mieli więcej pieniędzy, posłałbym cię do Świętego Kolumbana, a nie do osiedlowej podstawówki”.
Rahul Joshi może sobie pozwolić tylko na skuter, ale nie przestaje marzyć o wożeniu ukochanej mercedesem. I wciąż rozważa: „Czy ja dobrze wybrałem?”

Kabhi Haan Kabhi Naa

Sunil w jakiś sposób przypomina mi Gauri. Ona, podobnie jak on, żyje w tęczowym świecie, świecie miłości i śmiechu, nadziei i szczęścia...
Sunil to nieudacznik o złotym sercu. Przegrał wszystko, ale nawet strata nie powodowała, że tracił serce. Babloo też był nieudacznikiem, ale miał w sobie błysk takiej twardej, ulicznej mądrości, która sprawiała, że na koniec dostawał swoją Sonię. Raj miał w nosie szkołę, bajerował ojca, który pozwolił mu jechać na wakacje dookoła Europy, spotkał dziewczynę swych marzeń, oczarował ją, podbił jej rodzinę i żył długo i szczęśliwie. Sunil przegrał na całej linii nie dlatego, że nie miał rozumu czy dlatego, że mu nie zależało, ale dlatego, że był tak zajęty marzeniami o dziewczynie. I nie zdobywał jej nawet w marzeniach. Nawet kiedy na końcu filmu odchodzi z Juhi, nie jesteś przekonany, że właśnie dostał drugą szansę na miłość. Może ona się w nim zakocha, a może – i to bardziej prawdopodobne – na końcu drogi czeka na nią przystojny narzeczony.
Sunil to ktoś, kto kocha być zakochanym, widzieć, że inni są też zakochani. Ja jestem podobny. Pewnego ranka, kiedy jechałem na zdjęcia, zatrzymałem samochód na światłach. Zobaczyłam chłopaka czekającego na przystanku autobusowym. Nagle w polu widzenia pojawiła się dziewczyna, rozejrzała się niedbale, udała, że przypadkiem go zauważyła i uśmiechnęła się. On odpowiedział uśmiechem. To była śliczna, mała, niema scenka. Było dla mnie ewidentne, że tych dwoje zna się świetnie. Może czekał na nią na tym przystanku codziennie? Może wsiadali do tego samego autobusu? Musieli kryć się przed wścibskimi sąsiadami? Chciałem wysiąść i powiedzieć im, żeby nie przejmowali się innymi. „Oni się nie liczą. Cieszcie się tym, że jesteście zakochani”.
Sunil był najbardziej utopijnym bohaterem, jakiego kreowałem. Jestem pewien, że nigdy w życiu nie odniesie sukcesu, a jednocześnie miłość pomoże mu przetrwać. Wokół jest wielu Sunilów, takich trochę trampów a la Charlie Chaplin. Właściwie moją inspiracją był jeden z nich. Był tęgi, niezbyt przystojny, ale o złotym sercu. Tacy ludzie nigdy nie wygrywają. Ale i nie przegrywają.

Baazigar

Vicky to psychopatą. Irracjonalny, nielogiczny, nienormalny. Nie zabija dla kraju czy z powodu złego systemu politycznego, nie z miłości czy dla zemsty, lecz dla osobistego odwetu, który nikomu nie służy. Na początku filmu widzimy smutną matkę i smutnego Vicky'ego. Na końcu filmu widzimy jeszcze smutniejszą matkę i umierającego Vicky'ego. I mamy tyle ludzkich istnień, które zniszczył po drodze, bez żalu, z zimną krwią, bez cienia współczucia. Bezlitośnie zabija młodą dziewczynę i chłopaka. Spycha z dachu dziewczynę, która uciekła z domu, żeby go poślubić, i odchodzi, nie poświęcając jej ani jednego spojrzenia. Przeprowadza dziewczynę, którą chyba kocha, od jednej traumy do drugiej, i umiera, nie mówiąc „przepraszam” czy nawet „kocham cię”. Niszczy także kobietę, dla której dokonał tej skomplikowanej zemsty. Leżąc tam na końcu, a głową złożoną na podołku wstrząśniętej matki, której pewnie lepiej byłoby pozostać w jej własnym świecie, mówi z dziecinną skargą: „Mamo, jestem zmęczony, pozwól mi zasnąć...”
Morderca z „Anjaam” był bardziej ludzki – zepsuty, zazdrosny, trochę poszkodowany na umyśle, bogaty chłopczyk. Morderca z „Darr” był jak Sunil – nieudacznik, który swoją przegraną potraktował bardzo osobiście i stał się groźny. Ale jego możesz zrozumieć, możesz go omamić, żeby dał ci się zaprowadzić do szpitala psychiatrycznego. Żałujesz go, współczujesz mu, czujesz empatię. Zabójca z „Baazigar” jest chory i nieludzki. Żyje we własnym świecie, według własnych standardów, jest głupi i uparty. Jak słoń w sklepie z porcelaną, niszczy wszystko i na koniec siebie samego. To może być chłopak, który siedzi naprzeciwko ciebie w autobusie i ani przez moment nie podejrzewasz, że planuje coś, co sprawi, że to będzie twoja ostatnia podróż... I jego też”.


Tłumaczenie: Mowilka

© Tekst chroniony prawem autorskim.
    Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
    Więcej informacji w dziale "strona"