w skrócie

autobiografia

wywiady

artykuły

przemówienia

o filmach

Still Reading Khan

mapa wspomnień

co lubi SRK ?

nagrody

inni o SRK

 

Pisarka i felietonistka Shobhaa De o SRK

Times of India z 17.11.2001 roku.


Shabaash, Shah Rukh

Shobhaa De

"Masochistka" -jęknęła przyjaciółka, kiedy powiedziałam, że wybieram się drugi raz na "Asokę". Masochistka – kto? Ja? Różnie mnie już w życiu nazywano, ale tak jeszcze nie. Kino Metro. Seans o 18. Środek tygodnia. Bilety? Nie ma problemu. Posłałam po nie o 14.00. Mamy jeden dodatkowy. Subramaniam, nasz szofer, patrzy sceptycznie. Nie ma chętnych, komentuje, kiedy podjeżdżamy. Tłumek rzeczywiście jest niewielki. Trochę się spóźniliśmy. Jest kilka pustych miejsc, a film grają dopiero 12 dni. Podobał mi się za pierwszym razem. Bardzo chciałam zobaczyć go ponownie, choćby po to, żeby się przekonać, czy na premierze miałam różowe okulary. Czyżbym się wtedy pomyliła?

Przypominam sobie tamten wieczór, zwłaszcza pełną napięcia atmosferę podczas przerwy. Wspominam podsłuchane strzępy rozmów w damskiej toalecie. Pamiętam własną reakcję na słowa którejś, która zapewniała, że przespała pierwszą część i nie wie, czy wysiedzi do końca. Werdykt został wydany: "Asoka" na drzewo. Patrzyłam na Shahrukha palącego w foyer. Wydawał się bardzo spokojny, nawet kiedy wokół niego ci wybrani przerabiali jego dzieło miłości na siekany kebab. Nic nowego. Gościłam w moim domu na obiadach z okazji wydania książki ludzi, którzy rozrywali moją pracę na strzępy, wypijając szkocką mojego męża i jedząc nasze jedzenie. Nie wartościuję tego namak haram postępowania. Nazywam to "zachowaniem bombajskim". Zjeść. Wypić. ***. Iść do domu. To normalne. To się zdarza. Wzdragasz się. Wściekasz się. Takie doświadczenie znieczula cię raz na zawsze. Ale uczy cię także radzić sobie z czymś takim. Nie bierzesz tego zbyt osobiście (z drugiej strony, jak może to być "nic osobistego", jeśli zadawane są tak głębokie rany?).
Myślę o tym, oglądając znów "Asokę", ciesząc się filmem nawet jeszcze bardziej. Gdybym znała Shah Rukha lepiej, zadzwoniłabym do niego tego samego wieczoru, żeby powiedzieć: "Do diabła z krytykami i marną oglądalnością. Zrobiłeś film, w który wierzyłeś. To piękny film. Wykonałeś swój kawałek roboty. Nic więcej zrobić nie możesz. Trzymaj głowę wysoko podniesioną i czuj się dumny. Wykorzystałeś swoją szansę po swojemu. To się liczy. Tylko to ma znaczenie".

Obserwowałam Shah Rukha już od ponad roku. Spotykałam go parę razy. Krytykowałam za to, że za dużo pali. Zjechałam jego pierwszy pasztet, "Phir Bhi Dil Hai Hindustani", widziałam, jak tańczy (za darmo!) na prywatnych przyjęciach. Rozmawialiśmy przez telefon. Wędrowałam po jego planach filmowych z dziećmi. Wpadałyśmy na siebie z jego żoną Gauri. To właściwie suma naszych kontaktów. Jakoś zawsze miałam poczucie pokrewieństwa z tym człowiekiem. Może chodzi tu o profesjonalizm i oddanie. A może po prostu podoba mi się to, że żyje po swojemu. Ale zresztą – jedna rzecz jest pewna – Shah Rukh Khan to facet z jajami. Nie jest businessmanem. Świetny aktor – tak, ale jako producent trochę "dheela". Ważne jest to, że nie waha się stanąć na linii frontu i włożyć całej duszy w wymarzone projekty. Stać na to tylko ludzi z wielką pasją albo dziecięco naiwnych. Wydaje mi się, że jest taki – i pełen pasji, i naiwny.

Na jego parapetówce w zeszłym roku kilku jego tak zwanych przyjaciół i klakierów nie zostawiało na nim suchej nitki. Smażyli jego reputację jak kucharz Allwyn grillowane tikkas z kurczaka na tarasie. Zauważyłam starszych państwa, nowych sąsiadów Shah Rukha, którzy wyglądali na trochę zagubionych. Jak ci wyrafinowani Parsowie, z wyrobionym artystycznym smakiem, mogli się dopasować do tych modeli, "veejays" i aktorów kręcących się wokół? Cóż, Kekoo i Khorshed Gandhy okazali się ludźmi tego pokroju, że wydaje się, ze znasz ich do zawsze. Wzięłam sobie za punkt honoru, żeby poczuli się swobodnie, zajęłam się nimi tak, jakby byli moimi rodzicami. To był jeden z tych szalonych, hałaśliwych, pełnych zabawy wieczorów, podczas których jest dużo śmiechu i tańca. Shah Rukh i Gauri przeżywali najlepsze chwile swojego życia. Było co świętować – niesamowity nowy dom, drugie dziecko w drodze, ze wszystkich stron uznanie, cała uwaga skupiona na nich. Kiedy impreza toczyła się w najlepsze, Shah Rukh zauważył Gandhych i podszedł na szybką pogawędkę. Szepnął do mnie: "Znasz ich?" Odszepnęłam: "Tak... bardzo dobrze...". Wyglądało na to, że poczuł ogromną ulgę. Wymruczał: "Zrób mi grzeczność... zaopiekuj się nimi w moim imieniu". Tak też zrobiłam.
Miesiąc później, na kolejnym wielkim przyjęciu, Shah Rukh dziękował mojemu mężowi i mnie za opiekę nad starszymi ludźmi z sąsiedztwa. To było zaskakujące, bardzo miłe zachowanie – to, że troszczył się o dobre samopoczucie osób, które tak naprawdę nie pochodziły z jego świata pełnego blichtru. No i to, że pamiętał, żeby nam podziękować – choć naprawę nie było za co.

Aaach..., "Asoka". Wiecie co? Może jest niedoskonały i może momentami nonsensowny. Chaotyczny i mało spójny, tak, na pewno. A mnie się nadal podoba. I cieszę się, że Shah Rukh go nakręcił. To tyle. Może to i dziwne. Zaczęło się od bardzo dobrego pomysłu, który jednak utknął na jakimś dziwacznym poziomie. Mówię tu o tak zwanych "sławach" chodzących po wybiegu. Oczywiście to się praktykuje, chętnych amatorów masz za darmo, a profesjonalnym modelom trzeba zapłacić dniówkę. Ale oprócz tego, tnąc koszty, sprytni organizatorzy mogą spokojnie liczyć na jedno i drugie – szumek w mediach i przyszły patronat. Trzy w jednym – świetny interes.


Tłumaczenie: Mowilka

© Tekst chroniony prawem autorskim.
    Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
    Więcej informacji w dziale "strona"