w skrócie

autobiografia

wywiady

artykuły

przemówienia

o filmach

Still Reading Khan

mapa wspomnień

co lubi SRK ?

nagrody

inni o SRK


Być Khanem

Outlook, dodatek do The New York Times, styczeń 2013
Tytuł oryginalny: Being a Khan
Autor: Shah Rukh Khan


Jestem aktorem. O wiele mocniej niż czas - kształtują mnie obrazy. Obrazy rządzą moim życiem. Chwile i wspomnienia odciśnięte w moim umyśle są jak ujęcia, z których wysnuwam emocje. Istotą mojej sztuki jest umiejętność tworzenia obrazów trafiających do emocjonalnej wyobraźni tych, którzy je oglądają.

Nazywam się Khan. To nazwisko także w moim umyśle wywołuje rozliczne wizje: rosły, jadący konno mężczyzna, o włosach wysuwających się niedbale spod mocno zawiązanego wokół głowy turbanu. Surową przystojną twarz znaczą lekkie zmarszczki i wydatny nos.
Typowy ekstremista: żadnych tańców, picia, papierosa zwisającego z ust; nie dla monogamii, nie dla bluźnierstwa; jasna, milcząca twarz skrywająca tlącą się wewnątrz gwałtowną wściekłość. Cień, który mógłby sprawić nawet, że wysadzi się w powietrze w imię Boga.

Potem pojawia się obraz mnie samego, wepchniętego w jakąś komórkę na ogromnym amerykańskim lotnisku, noszącym imię amerykańskiego prezydenta (kolejna, równoległa wizja - prezydenta zamordowanego przez człowieka nazwiskiem Lee, nie muzułmanina na szczęście, ani Chińczyka, jak niektórzy mogliby pomyśleć). Natychmiast wyrzucam obraz pokoju z głowy. Po rozebraniu się, rewizji i wielu pytaniach otrzymuję wyjaśnienie w stylu: "Twoje nazwisko wyskoczyło w naszej bazie, przepraszamy". "Ja też" - myślę sobie. - "Czy teraz mogę dostać w powrotem moją bieliznę"?

Jest jeszcze obraz, który widzę najczęściej, ukazujący mnie w moim własnym kraju: okrzyknięty megagwiazdą, uwielbiany i wychwalany, jestem oblegany przez fanów z miłością i nieskrywanym uwielbieniem.

Nazywam się Khan.
Pasuję do każdego z tych wizerunków. Mógłbym być rosłym, stuosiemdziesięciocentymetrowym gościem - no dobrze, mniej niż stuosiemdziesięcio-, jakieś osiem centymetrów mniej - co najmniej; jednak nie za bardzo potrafię jeździć. Kiedyś zawisłem bezradnie na grzbiecie konia w galopie - i odtąd mam w swoich kontraktach warunek "żadnej jazdy konnej".

Jestem bardzo łebski, jak często mówią o mnie moje dzieci, a byłem też kiedyś jasny, ale teraz mam wieczną opaleniznę - lub, jak lubię to nazywać, oliwkowy kolor skóry - chociaż głęboko w zakamarkach moich pach wciąż mogę znaleźć jaśniejsze ślady. Jestem przystojny - w odpowiednim świetle - i naprawdę posiadam "wydatny" nos. W rzeczy samej zapowiada on moje przybycie, pchając się między drzwi, zanim zrobię wielkie gwiazdorskie wejście. Nie o nos jednak chodzi; moje nazwisko nic dla mnie nie znaczy, póki nie umieszczę go w pewnym kontekście.

Posługiwanie się stereotypami i dodawanie kontekstu - oto świat, w którym żyjemy: świat, w którym definiowanie staje się gwarantem pewności. Odczuwamy ulgę, przyklejając etykietki zjawiskom, przedmiotom i ludziom - z ograniczoną wiedzą i według sobie tylko znanych kryteriów. Przewidywalność wynikająca z takiej stygmatyzacji sprawia, że czujemy się bezpiecznie wewnątrz naszych własnych ograniczeń.
Tworzymy szufladki na własny użytek. Jedna z tych szufladek zaczęła się ostatnio robić coraz mniejsza i bardziej ciasna. To szufladka zawierająca wyobrażenie mojej religii w milionach umysłów. Natykam się to wąskie postrzeganie, ilekroć wymaga się umiarkowania w wyrażeniu publicznej opinii przez społeczność muzułmańską w moim kraju. Jeśli pojawia się jakiś akt przemocy w imię islamu, żąda się, bym przedstawił stanowisko i rozproszył podejrzenia - na podstawie tego, że jestem muzułmaninem. Wybaczam ten niedorzeczny brak delikatności. Jestem jednym z głosów wybieranych, by reprezentować moją społeczność, w celu chronienia innych społeczności przed kontratakiem na nas wszystkich, jak gdybyśmy byli w jakiejś zmowie lub byli odpowiedzialni za zbrodnie dokonywane w imię religii, której doświadczamy całkowicie odmiennie od sprawców tych zbrodni.

Staję się czasem mimowolnie celem dla politycznych przywódców, którzy czynią mnie symbolem tego wszystkiego, co według nich jest niewłaściwe i niepatriotyczne u muzułmanów w Indiach. Były sytuacje, kiedy oskarżano mnie o lojalność raczej wobec naszych sąsiadów niż wobec swojego kraju - nawet mimo faktu, że jestem Indusem, którego ojciec walczył o niepodległość Indii. Organizowano wiece, na których przywódcy nawoływali mnie do opuszczenia domu i powrotu do - jak to określali - mojej "prawdziwej ojczyzny".
Oczywiście za każdym razem grzecznie odmawiałem, podając jako przyczynę te niecierpiące zwłoki kwestie, jak remont urządzeń sanitarnych w moim domu, niepozwalający mi wziąć porządnego prysznica przed podjęciem tak dalekiej podróży. Chociaż nie wiem, jak długo to wytłumaczenie będzie działać.

Dałem synowi i córce imiona, które mogą uchodzić za ogólnoindyjskie, ponad-religijne: Aryan i Suhana. Nazwisko Khan odziedziczyli po mnie, więc tak naprawdę przed tym nie uciekną. Wymawiam je z nagłośni, kiedy jestem pytany przez muzułmanów, i przedstawiam Aryana jako dowód pochodzenia, kiedy wypytują nie-muzułmanie. Wyobrażam sobie, że to ochroni w przyszłości moje potomstwo przed nieuzasadnionymi nakazami eksmisji i przypadkowymi fatwami. To wszystko wprawia dwoje moich dzieci w kompletne zakłopotanie. Czasem pytają mnie, do jakiej religii przynależą, a ja, jak porządny bohater filmu hindi, wznoszę oczy do nieba i oznajmiam filozoficznie: "Po pierwsze jesteś Indusem, a twoja religia to człowieczeństwo", albo śpiewam im piosenkę ze starego filmu hindi: "Tu Hindu banega na Musalman banega - insaan ki aulaad hai insaan banega"1 - a la Gangnam Style.
To nie powoduje rozjaśnienia sytuacji, wszystko gmatwa im się jeszcze bardziej i czyni je bardzo nieufnymi w stosunku do ojca.

W kraju wolności, do którego byłem zapraszany i nagradzany przy różnych okazjach, spotykałem się z pomysłami, które stawiały mnie w szczególnym kontekście. Miałem na przykład swój sprawiedliwy wkład w opóźnienia na lotniskach.
Niedobrze mi już się robiło z powodu mylenia mnie z jakimś świrniętym terrorystą, który przypadkiem nosi to samo nazwisko, co ja, więc zrobiłem film, subtelnie zatytułowany "Nazywam się Khan" ("i nie jestem terrorystą"), by zwrócić na to uwagę. Jak na ironię, byłem godzinami przesłuchiwany na lotnisku z powodu mojego nazwiska, kiedy pojechałem do Stanów, by zaprezentować ten film po raz pierwszy.
Czasami się zastanawiam, czy tak samo traktuje się tych wszystkich, którzy przypadkowo noszą nazwisko Mc Veigh (i jeszcze imię Timothy)?2

Nie mam zamiaru ranić czyichkolwiek uczuć, ale prawda jest taka, że napastnik, ten, który odbiera życie, podejmuje własne decyzje. Nie mają one nic wspólnego z nazwiskiem, miejscem czy wyznawaną religią. To czyjś umysł, mający własne zasady, umiejętność rozróżniania dobra i zła i własny zestaw ideologii. Rzeczywiście można to nazwać jego własną "religią". Religia ta jednak nie ma nic wspólnego z tymi, którzy żyli w ciągu wieków i byli nauczani w kościołach czy meczetach. Wezwania na modlitwę czy słowa papieża nie mają nic wspólnego z duszą takiego człowieka. Jego duszą rządzi diabeł. A ja nie życzę sobie, by z powodu ignorancji łączono mnie z kimś tego rodzaju.

Nazywam się Khan.
Nie mam metra osiemdziesięciu wzrostu ani nie jestem przystojny (bądź co bądź jestem skromny), nie jestem też muzułmaninem, który patrzy z góry na inne wyznania. Religii nauczał mnie mój stuosiemdziesięciocentymetrowy, przystojny pasztuński tata z Peszawaru, w którym wciąż mieszka nasza szacowna rodzina. Był członkiem nieuznającego przemocy pasztuńskiego ruchu o nazwie Khudai Khidmatgaar (Słudzy Boga) i zwolennikiem zarówno Gandhiego, jak i Khana Abdula Ghaffara Khana, znanego jako Frontier Gandhi.3

Pierwszą rzeczą, której nauczyłem się od niego w kwestii islamu, był szacunek dla kobiet i dzieci oraz szacunek dla godności każdego człowieka. Nauczyłem się, że własności i obyczajności innych, ich punktowi widzenia, przekonaniom, filozofii i religii należy się takie samo poważanie, jak moim własnym i że trzeba je akceptować z otwartym umysłem. Nauczyłem się wierzyć w siłę i łaskę Allacha, nauczyłem się być łagodnym i życzliwym wobec innych, dawać z siebie tym, którzy otrzymali mniej niż ja, [nauczyłem się] żyć pełnią szczęścia, radości, śmiechu i zabawy bez naruszania wolności innych, którzy żyją tak samo.

Więc nazywam się Khan, ale w tym, kim jestem, nie ma żadnego stereotypowego obrazu. Zamiast tego dzięki życiu, które prowadzę, mogę odczuwać miłość milionów Indusów. Doznaję jej od dwudziestu lat, pomimo faktu, że moja społeczność jest w indyjskiej populacji mniejszością. Jestem obdarzany miłością przekraczającą granice narodowe i kulturowe - od Surinamu po Japonię, od Arabii Saudyjskiej po Niemcy, w miejscach, gdzie nikt nawet nie zna mojego języka. Docenia się to, co robię jako artysta - to wszystko. Moje życie pozwoliło mi całkowicie zrozumieć, że ta miłość jest czystym dzieleniem się, niezmąconym przez etykietowanie i nieograniczonym z powodu ciasnoty poglądów. Jeśli każdy z nas pozwoli sobie na akceptację i dzielenie się miłością w jej najczystszej formie, nie będziemy potrzebować szufladek do budowania murów naszego bezpieczeństwa.
Jestem przekonany, że otrzymałem błogosławieństwo wraz z możliwością doświadczenia rozmiarów tej miłości, ale wiem także, że jej skala jest niestosowna. Na swój sposób, po prostu jako ludzie, możemy szanować każdego za to, w jaki sposób wpływa na nasze życie, a nie za to, jak określa go odmienność wyznania czy nazwisko.

Pod maską supergwiazdorstwa jestem zwyczajnym człowiekiem. Moje islamskie pochodzenie nie koliduje z hinduistycznymi korzeniami mojej żony. Jedyne różnice zdań, które mamy z Gauri, dotyczą koloru ścian w naszym salonie, a nie stawiania murów rozgraniczających świątynie od meczetów w Indiach.
Wychowujemy córkę, która w trykocie kręci piruety i tworzy swoje własne przedstawienia taneczne. Śpiewa zachodnie piosenki, które wprawiają w zakłopotanie moją wrażliwość, i pragnie być aktorką. Ale nalega także, by zakrywać głowę, kiedy jest w kraju muzułmańskim, który praktykuje ten naprawdę piękny i tak bardzo błędnie rozumiany zwyczaj islamu.
Rysy naszego syna świadczą o jego pasztuńskim rodowodzie, chociaż on przejawia go na swój własny sposób, w wydaniu raczej łagodnym niż wojowniczym. Spędza też całe dnie na przepychankach w rugby, kopaniu tyłków w taekwondo czy eliminowaniu nieznanych twarzy ukrytych za anonimowymi internetowymi konsolami na całym świecie, grając w "Call of Duty". A także ostro strofuje mnie za udział w ubiegłorocznej przepychance na stadionie krykietowym w Mumbaju, kiedy jakiś fanatyk robił obrzydliwe komentarze na temat tego, kim jestem.
Nasza czwórka stanowi różnobarwną reprezentację nadzwyczajnej akceptacji i potwierdzenia, że miłość może kwitnąć, kiedy ludzi łączy coś wyjątkowego, co zazwyczaj postrzega się jako zwyczajne.

Ja sam wierzę, że religia jest w najwyższym stopniu prywatnym wyborem, a nie publiczną deklaracją tego, kim jesteśmy. Jest tak osobista jak okulary mojego ojca, który zmarł ponad dwadzieścia lat temu. Okulary, które przechowuję jak najcenniejszą, osobistą pamiątkę jego nauk i pasztuńskiej godności. Nigdy nie porównywałem się z moimi przyjaciółmi, którzy mają podobne pamiątki po swoich rodzicach czy dziadkach. Nigdy nie twierdziłem, że okulary mojego ojca są lepsze niż sari czyjejś matki. Skąd więc te porównania w kwestii religii, która jest tak samo osobista i cenna, jak wspomnienia o przodkach? Czy łącząca nas miłość nie powinna być ostatnim słowem, które nas określa, zamiast nazwiska? Nie trzeba być gwiazdą, by umieć okazywać miłość, potrzebne jest tylko serce, a o ile wiem, nie ma takiej siły na świecie, która jest zdolna kogokolwiek go pozbawić.

Nazywam się Khan i to dla mnie oznacza bycie nim, na przekór stereotypowym wyobrażeniom, które mnie otaczają. Być Khanem to być kochanym i kochać - właśnie to; oraz te obiecane dziewice, oczekujące na mnie gdzieś po drugiej stronie.

Tłumaczenie: GosiaJG

1 "Możesz być hindusem lub muzułmaninem, lecz jesteś człowiekiem, boś człowieczym synem" - fragment piosenki z filmu "Dhool Ka Phool" z 1959 roku w reżyserii Yasha Chopry: http://www.youtube.com/watch?v=qMC4Ewhh3Ek
2 Timothy McVeigh (1968-2001)- sprawca zamachu bombowego w Oklahoma City w 1995 roku, w którym zginęło 168 osób: http://pl.wikipedia.org/wiki/Timothy_McVeigh
3 Khan Abdul Ghaffar Khan (1890-1988) - jeden z duchowych przywódców ruchu oporu przeciwko okupacji brytyjskiej w Indiach: http://pl.wikipedia.org/wiki/Khan_Abdul_Ghaffar_Khan


© Tekst chroniony prawem autorskim.
    Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
    Więcej informacji w dziale "strona"