w skrócie

autobiografia

wywiady

artykuły

przemówienia

o filmach

Still Reading Khan

mapa wspomnień

co lubi SRK ?

nagrody

inni o SRK

 

Wypowiedź Mahesha Bhatta, reżysera m.in. Chaahat i Duplicate na temat SRK.


Badshah Bollywood ma serce wielkie, jak liczba jego fanów na całym świecie, mówi Mahesh Bhatt, jeden z najbardziej szanowanych i uczciwych indyjskich filmowców.

Zawsze uważałem, że życie sprowadza się do kilku kluczowych momentów i że to żywe wspomnienie tych momentów pozwala nam podtrzymać nasze związki z ludźmi.
W mojej znajomości z Shah Rukh Khanem jest wiele takich momentów. Pozwólcie, że kilkoma najbardziej intensywnymi, podzielę się z wami. Może to pomóc wam wyrobić sobie pogląd na prawdziwego Shah Rukh Khana. Nie na Shah Rukha, który błaznuje na ekranie, zanurza się w wypełnionej płatkami kwiatów wannie, otoczony wiankiem pięknych kobiet, ani nawet czarującego nas niezmordowanie swoim niewyczerpanym ciepłem i energią w ostatnim odcinku KBC, ale Shah Rukha, którego znam osobiście i doświadczyłem na sobie samym jego prostolinijności i uczciwości.

Kilka lat temu, kiedy przeżywałem kryzys twórczy, Vivek, mój dawny asystent, który teraz pracuje z Shah Rukhiem, przekierował mi smsa, którego dostał od niego, leżącego w szpitalu w Londynie. Mówił on: "Powiedz Bhattowi saab, że wkrótce będę miał pierwszy fragment moich wspomnień. Będzie pierwszą osobą, której je pokażę. Uściskaj go też i powiedz, jak bardzo mnie męczysz, żebym pisał".
Ten serdeczny sms głęboko mnie poruszył. Jakakolwiek wdzięczność jest tak rzadka w Bollywood, że potwierdził on tylko to, co wiedziałem o tym człowieku. Dla Shah Rukha życie to nie cienka świeczka o wątłym płomyczku, tylko wspaniała pochodnia, którą rozpala tak jasno i hojnie, jak tylko się da.

Spotkałem go po raz pierwszy w połowie lat '90. Połączył nas film, który był przedsięwzięciem mojego przyrodniego brata, Robina - "Chaahat". Był to czas, w którym wszystko, czego dotknąłem, obracało się w popiół. Moje życie straciło poczucie sensu, wygasła moja potrzeba wyrażania się przez kino. Nie czułem ani odrobiny zapału dla pracy, a życie wypełniała dotkliwa samotność. Na etapie kariery, na jakim znajdował się Shah Rukh, byłem ostatnim reżyserem, z którym praca mogłaby mu coś dać. Jego wspinaczka na sam szczyt właśnie się zaczęła. Jednak nigdy, ani razu nie okazał mi pogardy, na jaką wtedy zasługiwałem. Być może zamknął w pamięci mój obraz z przeszłości i widział przed sobą jedynie Mahesha, którego szanował i podziwiał, wbrew wszelkim dowodom, że teraz jest inaczej. Jaką dziwną parą musieliśmy być – młody, pełen entuzjazmu aktor, płonący od niespełnionych jeszcze marzeń i energetycznego talentu, i przebrzmiały, wypalony reżyser, cyniczny aż do szpiku kości. Jedyne, co nas łączyło, to miłość do środków przeciwbólowych.
Nie mogłem się nadziwić powadze, z jaką wysłuchiwał mojej gadaniny i próbował pojąć powody, dla których powiedziałem, że rezygnuję z reżyserii. Shah Rukh wciąż twierdził, że któregoś dnia wrócę na plan i zawołam "start" jeszcze raz.

Albert Camus powiedział kiedyś, że "prawdziwa hojność w stosunku do przyszłości polega na inwestowaniu w chwilę obecną". Cóż, to właśnie robił Shah Rukh wtedy i robi nadal. Wyczerpuje limity tego, co możliwe. Jest jedynym aktorem, którego znam, a który ma niewyczerpaną energię, żeby iść dalej i dalej, robić jeden dubel po drugim, a każdy zupełnie inny od poprzedniego. Właściwie kiedy prosisz o jeszcze jeden, jego twarz rozjaśnia się jak u nienasyconego dziecka, na myśl o możliwościach, które się przed nim otwierają. Jest jak jakiś emocjonalny archeolog, dążący do odkrycia jeszcze jednego skarbu ukrytego w nim samym. Bez skrępowania mówi, że aktorstwa uczy się od dzieci, a nawet jego pies jest wiarygodnym nauczycielem! Pewnego dnia urządził dla mnie solowy pokaz wszystkich humorów swoich psów i sprawił, że pękałem ze śmiechu. Kiedy patrzyłem na niego, nauczyłem się od nowa starej zasady, że aktorstwo polega na działaniu, a nie mówieniu czy rozmyślaniu i że bardziej w nim chodzi o zaspokajanie zmysłów widzów niż zadziwianie ich taką czy inną wyższą logiką. To jest polityka "działaj, nie kombinuj", która zaniosła go dalej niż jego intelektualnych, rozważających wszystko na dziesiątą stronę rywali i pomogła mu zbudować sobie własne miejsce w sercach jego publiczności.

Późną nocą, po wyjątkowo wyczerpującej psychicznie finałowej scenie z "Chaahat", Shah Rukh zrobił zaskakujące wyznanie. Powiedział, że doświadczenie kręcenia niektórych filmów jest tak absorbujące i intensywne, że nieważne już staje się dla niego, czy film odniósł sukces, czy był klapą. Zastanawiał się, czemu ludzie uważają, że sukces wynosi na szczyty, a klapa – spycha do czarnej dziury. Tak nie jest. Prawdziwy szczyt osiąga się, kiedy angażujemy się w to, co robimy tak bardzo, że te rozróżnienia znikają. Sportowcy nazywają to "byciem w strefie".

Dwie kolejne lekcje, jakich nauczyłem się od Khana, to to, że antidotum na wyczerpanie i zmęczenie znajdziesz nie w odpoczynku, ale entuzjazmie; oraz że sława nie jest antidotum na samotność.
W odróżnieniu od wielu gwiazd, które traktują zamożność, nagrody i występy w talkshow jak mierniki własnych osiągnięć, jego własne laury dały mu niewiele poczucia osobistej wartości. Kilka lat temu, kiedy pracowaliśmy nad "Duplicate", uświadomiłem mu, że tak jak ja jest pracoholikiem i że to praca stała się dla niego jedynym źródłem tożsamości; był wtedy uzależniony od pracy. Niestety dla niego, przez następne lata jego uzależnienie było wychwalane i jeszcze powiększane, bo pomagało innym gromadzić fortuny. Przez długi czas świat nadużywał tej maszynki do robienia pieniędzy imieniem Shah Rukh Khan.
"Teraz coś się zmienia w moim życiu", powiedział mi, kiedy wpadliśmy na siebie w studio filmowym. "Ostatnio zacząłem sobie uświadamiać, że to praca ma mnie, a nie ja pracę. Dlatego teraz staram się spędzać więcej czasu z dziećmi" - dodał wiedząc, że ta jego przemiana z pracoholika w domatora ucieszy mnie najbardziej.
Zmiana ta objawiła się światu, kiedy zdubbingował w hindi hollywoodzki film animowany "Hum Hain Lajawab". "To jest najlepszy prezent, jaki mogę dać mojemu dziecku" - ogłosił światu na imprezie rozpoczynającej promocję filmu.
Czuję i mogę się domyślać, że nowa szczęśliwa faza w życiu Shah Rukha zaczęła się wtedy, kiedy otarł się bardzo blisko o utratę wszystkiego.

"Wymknąłem się o włos... Jestem wstrząśnięty na myśl o ludziach, którzy stracili życie... podczas show, który nie był tego wart. Cała koncepcja dania ludziom odrobiny szczęścia legła w gruzach... ponieważ nagle cena, jaka zapłacili za mój status pół-boga, stała się dla mnie za wysoka do spłacenia. Czuję ulgę, że przeżyłem dla moich dzieci i nie mogę wyprzeć z głowy myśli, że to trochę nie fair. Nie czuję się winny, ale czuję się odpowiedzialny. Mam wielką nadzieję, że to wspomnienie nie stanie się w ludzkich umysłach częścią szumu, jaki otacza mój sukces. Mam nadzieję, że myśl o moralności mojej i tych, którzy są ze mną związani, sprawi, że stanę się bardziej świadomy, uważny. Pokorny. Nie wiem tego... ale mam nadzieję. Z miłością Shah Rukh Khan".

Ten sms, który wysłał mi w dzień po zamachu bombowym w Colombo, dokąd pojechał z występem, zdradza bardzo kruchą stabilność, jaką supergwiazdor miał w tamtym czasie. Budował wokół siebie mur dzielności na użytek indyjskich mediów, które rzuciły się na niego, kiedy przyleciał do Bombaju wczesnym rankiem, ale widziałem w jego uśmiechu, że nie było z nim dobrze. Widząc to, wysłałem mu dwuwyrazowego smsa, w którym miałem nadzieję zawrzeć całą moją ulgę, że widzę go żywym. Odpowiedział mi po prostu "Blast Mubarak", w parę godzin później, z dużą dawką czarnego humoru. "Smak śmierci często zaostrza żądzę życia. Może Colombo odegra rolę Kalingi w Twoim życiu i popchnie cię na ścieżkę życia, która czeka na odkrycie", odpowiedziałem, czując, że echo tamtej nocy 11 grudnia będzie brzmiało w jego sercu jeszcze długo i że zmieni jego życie na zawsze. Jednocześnie widziałem, że wyjdzie może smutniejszy, ale też mądrzejszy z tego wydarzenia niosącego rozlew krwi, które wstrząsnęło nie tylko Bollywoodem, ale i całym światem. *

"Każdy chce wykorzystać gwiazdę, żeby sprzedać to czy tamto. Producenci używają Shah Rukha, żeby sprzedać pepsi, luksusowe samochody, a teraz ta grupa terrorystyczna, która chciała sprzedać swoją rewolucję, zrobiła dokładnie to samo" - mówi mój przyjaciel, dziennikarz z Pakistanu, który zadzwonił z Karachi, żeby zapytać, czy wszystko w porządku u Shah Rukha.

Shah Rukh jest fenomenem w Pakistanie. Niewiele osób wie, że dom jego przodków w Peshawarze, gdzie urodził się jego ojciec, stał się atrakcja turystyczną i uzyskał już niemal status świątyni. Hindusi mają poczucie paranoi, kiedy widzą jego olbrzymie bannery reklamujące zegarki Tag Hauera, skoro jest on obywatelem wrogiego państwa! Jego status ikony w Pakistanie dowodzi tylko, że jest on bez żadnych wątpliwości królem serc milionów mieszkańców południowej Azji. Rządzi także moim sercem, a to dlatego, że zdołał uchronić podstawowe ludzkie wartości, które sprawiają, ze świat staje się lepszym miejscem.

"Przyjeżdżamy do Bombaju tylko po to, żeby się spotkać z Shah Rukhiem" - powiedziała moja "siostra" z Pakistanu. "Chcemy, żebyś nam zorganizował spotkanie. To jest największy prezent, jaki będziesz nam mógł kiedykolwiek dać". Zupełnie nienawykły do zaspokajania pragnień fanów zwariowanych na punkcie gwiazd, którzy przyjeżdżają do Bombaju, żeby spotkać się z kimś z bollywoodzkiej listy A, zrobiłem po raz pierwszy w życiu to, czego nigdy nie robiłem. Zadzwoniłem do Shah Rukha.
"Byłbym ci osobiście wdzięczny, gdybyś zgodził się na spotkanie moja adoptowaną rodziną z Pakistanu, która przejechała szmat drogi, żeby się z tobą spotkać" - powiedziałem mu. Rozbawiony niecodzienną prośbą, bardzo szlachetnie wyznaczył dzień na spotkanie w jego pałacowej rezydencji. Byłem poruszony jego gestem. Zaprosił moich gości do swojego osobistego sanktuarium, do którego nie mieli dostępu nawet najmożniejsi w branży! Domyślałem się, ze honorując ich w ten sposób, chce uhonorować mnie.
Tak więc w pewien deszczowy wieczór moja żona i ja wraz z naszą pakistańską "rodziną" zaczęliśmy się przeciskać przez mumbajskie korki do jego domu. Entuzjazm moich gości osiągnął poziom hamowanej ekscytacji na granicy histerii. Głęboko pod powierzchnią wyczuwałem zgrozę. A co, jeśli go nie będzie?
Musieli mieć poczucie winy z powodu tych wątpliwości, ponieważ kiedy tylko wjechaliśmy na podjazd, zobaczyliśmy stojącego tam Shah Rukha, który wyszedł na przywitanie! To, co nastąpiło potem, było jak sen. Shah Rukh nie tylko powitał ich w swoim domu, ale po przedstawieniu ich całej swojej rodzinie, zabrał nas do salonu pełnego dystrybutorów pepsi i szaf grających. Cały czas pracował nad tym, żeby czuli się dobrze, opowiadając non-stop o swoich przygodach z planu i o wszystkim, czym żył w obecnej chwili, powtarzając im plotki, o jakich nie mogliby nigdy przeczytać w żadnym "Życiu na gorąco". Wkrótce tak się odprężyli, że zapomnieli, że są w domu największego gwiazdora Bollywood, i zacząłem się martwić, że mogą zapomnieć, ze kiedyś musimy przecież wyjść. Panowała atmosfera jak na spotkaniu rodziny, która dawno się nie widziała, tak gładko i bez skrępowania toczyła się rozmowa, w którą wszyscy byliśmy zaangażowani. Kiedy w końcu pożegnaliśmy się, po spędzeniu kilku godzin w jego towarzystwie, widziałem go, jak machał nam na odjezdne z tym samym entuzjazmem, z jakim nas przyjął.

Dzięki temu wydarzeniu odkryłem, że jego niezmordowana energia bierze się z jego prostoduszności. Cała konstrukcja King Khana zbudowana jest na biciu serca tego prostego człowieka, który wciąż ma szacunek i respekt dla "normalnych" mieszkańców tego świata.

*11 grudnia podczas koncertu Temptation w Colombo na Sri Lance, ktoś rzucił bombę w stronę sceny podczas ostatniego numeru. Nie doleciała, spadła na drugi rząd i tam eksplodowała, zabijając dwie osoby i raniąc 18. Żadne ugrupowanie nie przyznało się do zamachu.


Tłumaczenie: Mowilka

© Tekst chroniony prawem autorskim.
    Wykorzystanie i publikacja w całości lub we fragmentach jedynie za zgodą serwisu.
    Więcej informacji w dziale "strona"